sobota, 22 marca 2014

Rozdział V

Dzisiaj odbywał się pierwszy w tym roku szkolnym mecz quidditcha, Hufflepuff kontra Gryffindor. Oczywiście kibicowałam Puchonom. Podczas śniadania wszyscy tylko o tym rozmawiali, a niektórzy uczniowie życzyli wygranej drużynom.
- Mój brat dzisiaj gra!- oznajmiła mi Lou.
- O, to może chodźmy go wesprzeć?- zaproponowałam. Brat Louise, Eric, w tym roku zdecydował się spróbować sił i poszedł na casting do drużyny, na pozycji obrońcy. Kapitan nie był do końca przekonany, ale ostatecznie włączył go do drużyny. Jeśli w tym meczu się spisze, to na pewno w niej zostanie. Daniel, który jest jednym z pałkarzy również nie był zachwycony. Niezbyt się lubią.
- Eric!- zawołała Louise i objęła brata od tyłu ramionami- życzymy ci razem z Fee powodzenia!
- Dzięki...- odpowiedział zaskoczony chłopak. Spojrzał na mnie a ja uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
- Ooo, Anderson, nie myślałem że masz fanklub!- zaśmiał się Quinn, drugi pałkarz.
- Nie ma to jak wsparcie dwóch dziewczyn- stwierdził Eric i uśmiechnął się.
- Nie popisuj się tak- wtrącił się zażenowany Daniel- jak dasz dzisiaj plamę to osobiście dopilnuję żebyś wyleciał.
- MacMillan, odwal się, co?- spytałam zdenerwowana i spojrzałam na resztę drużyny- wam też życzymy powodzenia i jak najlepszych wyników.
- Dzięki!- zawołali pozostali członkowie drużyny. Odchodząc, wymieniłam się spojrzeniami z Danielem. W jego oczach dojrzałam złość. Usiadłyśmy na brzegu.
- Ale ten Daniel jest chamski- stwierdziła Lou i zaczęła smarować bułkę masłem.
- Zazdrosny i tyle- skwitowałam- nie przejmuj się- po chwili do Wielkiej Sali weszła drużyna Gryfonów, z James'em Potterem na czele, ich kapitanem. Narobili przy tym takiego hałasu, jakby się na targu znajdowali.
- Wow, on ma najnowszy model Świetlistej Gwiazdy!- zauważyła Lou.
- Ma bogatych rodziców, to go stać- stwierdziłam. Jednak moja koleżanka z zafascynowaniem obserwowała jak drużyna Gryfonów zajmuje miejsce przy stołach. Ona też chciała dołączyć do drużyny ale ma lęk wysokości i lekcje z latania były dla niej prawdziwym koszmarem.

Nadeszła godzina meczu. Wszyscy nauczyciele, dyrektorka i uczniowie zajęli miejsca na trybunach. Nie mogłam się doczekać rozpoczęcia meczu. Dojrzałam z daleka Albusa i Scorpiusa. Siedzieli otoczeni swoimi kolegami.
- Witam na pierwszym w tym roku meczu quidditcha!- zawołał Brian Creevey, komentator- przywitajmy drużyny, które dzisiaj podejmą walkę!- na boisku pojawili się zawodnicy obydwu drużyn. Oblecieli stadion i zaprezentowali się wszystkim kibicom. Po chwili rozpoczęła się rywalizacja. Z zapartym tchem obserwowałam naszych.
- Quinn w ostatniej chwili zareagował, wymijając przy okazji Pottera, lecącego jak szalony za zniczem! Ale DeBirgh nie próżnuje i dorównuje mu lotem!
W połowie meczu, gdy zwycięstwo przechylało się w stronę Gryfonów, zauważyłam, jak Daniel patrzy z wyrzutem na Erica. Chyba sądził, że to jego wina. Potter i DeBirgh wciąż ścigali znicza, który latał jak szalony. W jednej sekundzie widziałam jak obydwaj lecą a po chwili Potter wpadł na Daniela i obydwaj zwalili się na nasze trybuny. Daniel powalił się na mnie i parę osób z pierwszego roku a Potter częściowo leżał na Lou i dwóch dziewczynach z szóstego roku.
- Wszystko w porządku?!- zawołała profesor Greengrass, wychylając się z trybun dla nauczycieli.
- Przerywamy mecz!- zawołał Creevey po gwizdku sędziego.
- Odsunąć się!- zawołała profesor Sinistra, nasza dyrektorka- pani Walter zaraz się wszystkim zajmie!- parę osób pomogło ogarnąć zamieszanie.
- Wszystko w porządku?- spytał Daniel, pomagając mi wstać.
- Tak- odpowiedziałam.
- Dacie radę kontynuować mecz?- spytał nauczyciel latania i sędzia, profesor Wood.
- Raczej tak- odpowiedział James, patrząc na Daniela, który mu przytaknął.
- Czy ktoś potrzebuje pomocy?- spytała pani Walter. Zgłosiły się dwie dziewczynki z pierwszego roku. Jednej leciała krew z nosa a drugą bolała ręka. Pielęgniarka zabrała je i zeszła z trybun. Wszystko wróciło do równowagi. Po chwili mecz trwał dalej.
- Lou, wszystko z tobą dobrze?- spytałam.
- Na szczęście tak- odpowiedziała.
Mecz wygrali Puchoni, dzięki sprytnej zagrywce DeBirgha i czujności Erica. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi i zrobiliśmy imprezę. Bohaterowie meczu byli noszeni na rękach. Jedynie Daniel siedział naburmuszony. Pewnie myślał, że to on będzie gwiazdą. Do tego Eric zostaje w drużynie na stałe. Zaprosiliśmy Gryfonów. Nasza drużyna pogratulowała tamtej dobrej i ciekawej gry. My się nie wywyższamy, nawet jeśli odniesiemy miażdżące zwycięstwo. Zależy nam na dobrych stosunkach ze wszystkimi i wspólnej zabawie.
- Co Danielku, wszystko nie poszło po twojej myśli?- spytałam MacMillana kąśliwie. Chciałam mu dopiec po porannym incydencie.
- Odwal się, Finch-Fletchey-  mruknął.
- Mój drogi, musisz nauczyć się przegrywać i cieszyć sukcesami kolegów- dodałam. Czułam niesamowitą satysfakcję z jego miny.
- Cieszyłbym się, gdyby Anderson nie postanowił zostać gwiazdą- stwierdził.
- Eric zgłosił się z ciekawości i chęci gry- wyjaśniłam mu- a to, że mu poszło dobrze, to dla was lepiej- obydwoje spojrzeliśmy na roześmianego brata Louise, obładowanego szalikami Hufflepuffu i otoczonego przez kolegów. Musi to być jego najszczęśliwsza chwila w życiu. Pierwszy mecz i taki sukces.
- Jak zostaniesz kapitanem, to zrozumiesz- stwierdziłam. Daniel spojrzał na mnie i machnął ramionami. Postanowiłam sobie dać spokój i pogadać z Lou. Ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć.
- Hej, Quinn!- chłopak odwrócił się- nie widziałeś nigdzie Louise?
- Wydawało mi się że gdzieś się tutaj kręciła- odpowiedział- może wyszła się przewietrzyć?
- Ok, dzięki- odpowiedziałam i zaczęłam szukać dalej. Wyszłam na zewnątrz, ale nigdzie jej nie dojrzałam. Pomyślałam, że może weszła na chwilę do dormitorium i tam też poszłam. To co zastałam, wprawiło mnie w osłupienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz