Albus wciąż nie zdradził, że kocha Louise. Przez te 3 dni przysłał jej dwa kolejne liściki, jeden piękniejszy od drugiego. Opowiedziałam o tym Danielowi. Chyba wziął sobie to do serca, bo zaczął pracować nad wierszykami. Ja dyskretnie przekazywałam jej wiadomości, by Louise nie zaczęła się domyślać, że mogę znać jej adoratora. Dopiero bym miała problem. Obiecałam przecież Albusowi, że go nie zdradzę. Mam nadzieję, że sam to zrobi, wolałabym to.
Profesor Montana doprowadza mnie do szału. Tłumaczy transmutację, jakby za karę, a wszelkie efekty nieudanych prób odtworzenia polecenia sprowadza do okrzyczenia ucznia i skompromitowania go przy całej klasie. Podobno poprzednia nauczycielka, profesor McGonagall mimo bycia surową potrafiła dobrze wytłumaczyć czy pomóc. Rodzice dużo mi o niej opowiadali. Chciałabym, by to ona nas uczyła. Po kolejnych zajęciach, na których oberwało się Louise za problem z przemianą kryształowego wazonu w szybę, postanowiłam dłużej nie milczeć. Tym bardziej, że ona wybiegła z sali zapłakana. Po zajęciach pobiegłam do sali, w której profesor MacMillan miał zajęcia. Poczekałam, aż pierwszoroczni opuszczą salę i podeszłam do mojego opiekuna.
- Profesorze- zaczęłam. Spojrzał na mnie zaciekawiony, porządkując biurko.
- Słucham cię- odpowiedział.
- Bo profesor Montana okrzyczał dzisiaj Louise Anderson i ona się popłakała- wyjaśniłam- miała problemy z transmutacją kryształowego wazonu w szybę. On wrzeszczy na każdego, kto nie umie perfekcyjnie odtworzyć procesu transmutacji...- profesor z miny spokojnej zmienił na wściekłą. Wyglądał trochę jak gargulec.
- Już nie mogę znieść tych skarg na niego!- warknął- na pannę też krzyczał?
- Tak, chyba kilka dni temu jak zamiast sprawić by wróbel zmienił się w kamień, to zmieniłam go w kieliszek do wina- odpowiedziałam. Walnął pięścią w stół, aż odskoczyłam.
- Panno Finch-Fletchey- zwrócił się- proszę sprowadzić pannę Anderson do sali transmutacji, zaraz sobie porozmawiamy- kiwnęłam głową i pobiegłam do pokoju wspólnego Puchonów.
- Gdzie jest Lou?- spytałam.
- Płacze w dormitorium- odpowiedziała Nancy Adams, koleżanka z którą dzielimy dormitorium. Szybko pobiegłam tam i rzeczywiście, leżała skulona na łóżku, płacząc. Podeszłam do niej powoli i kucnęłam na przeciwko jej zapłakanej twarzy.
- Lou, nie płacz- pocieszałam ją- profesor MacMillan wie o wszystkim i masz razem ze mną przyjść do Montany.
- Nie-e- chlipnęła- nie chcę tego człowieka więcej widzie-eć...
- Spokojnie, będę przy tobie- próbowałam ją jakoś zachęcić- musimy stawić temu czoło.
W końcu udało mi się przekonać ją, by poszła. Wzięłam kilka chusteczek. Objęłam ją ramieniem i wyprowadziłam na korytarz.
- Co się stało?- spytał Quinn.
- Będzie chryja u Montany- wyjaśniłam i poszłyśmy. Dałam tym samym znak, że może się zlecieć widownia. Gdy ją przyprowadziłam, oprócz naszego opiekuna i profesora Montany zjawiła się dyrektorka.
- Dobrze, że już jesteście- skomentowała nasze przyjście profesor Sinistra- panno Anderson, chce pani usiąść?
- Ta-ak- jęknęła. Posadziłam ją na krześle, które podsunął nasz opiekun i pozwoliłam, by ścisnęła moją rękę.
- Możemy zaczynać- stwierdziła dyrektorka- słucham, Erneście.
Konfrontacja trwała długo. Będąc niedaleko drzwi, słyszałam, jak uczniowie tłoczyli się i próbowali usłyszeć naszą rozmowę. Ja i Louise przedstawiłyśmy swoje argumenty i wspomnienia z innych sytuacji, kiedy to nauczyciel transmutacji okrzyczał wielu uczniów, w tym mnie, Albusa i Daniela. Profesor Sinistra uważnie wysłuchała obu stron i przychyliła się do naszej. Profesor Montana otrzymał naganę i ostrzeżenie, że jeśli jeszcze raz coś takiego się stanie, to opuści swoje stanowisko. Gdy wyszliśmy, tłum uczniów rozbiegł się na boki, by zrobić nam przejście. Nauczyciel transmutacji trzasnął drzwiami, aż huknęło. Profesor MacMillan oznajmił wszystkim, co się stało a wśród tłumu było słychać okrzyki radości, szepty i ogólny entuzjazm. Lou uspokoiła się.
- Dziękuję ci- powiedziała i mocno mnie przytuliła- gdyby nie twoja interwencja, to terror trwał by dalej.
- Nie ma za co- odpowiedziałam, ciesząc się razem z przyjaciółką- to dotyczyło też mnie i wielu innych uczniów.
Po tej interwencji, profesor Montana zrobił się spokojniejszy. Nawet podczas nieudanych prób uczniów powstrzymuje się od krzyczenia. Przez to, lekcje stały się przyjemniejsze.
czwartek, 10 kwietnia 2014
wtorek, 25 marca 2014
Rozdział IX
Ja i Daniel jesteśmy parą, ale nikomu o tym nie powiedzieliśmy. Zachowujemy się normalnie. Jestem niezmiernie szczęśliwa, że wszystko układa się pomyślnie. Dalej musiałam mieć oko na Albusa i Scorpiusa. Po ostatnim incydencie James się nawet do nas nie zbliżył. Albus i Scorpius wciąż chodzą przygaszeni. Wciąż ich obserwuję.
Walentynki. Skrzaty szkolne ozdobiły szkołę serduszkami i zrobiło się trochę kiczowato. Lou jest troszkę smutna, bo nie dostanie od nikogo walentynki. Pocieszam ją, że to nie jest istotne, ale jeśli jej zależy, to mogę ja jej wysłać. Ja znalazłam swoją kartkę walentynkową i różę na łóżku w swoim dormitorium.
- Ty dostałaś!- zauważyła moja przyjaciółka- od kogo to może być?
- Nie ma podpisu- odpowiedziałam. Oczywiście wiedziałam, kto jest autorem.
- Niebo jest niebieskie, róże otaczają drogę, a ja cię tak kocham, że ja nie mogę- przeczytałam i o mało nie popuściłam ze śmiechu. Pokazałam to Lou i obie śmiałyśmy się jak wariatki. Daniel popisał się swoim grafomaństwem. Ale doceniam gest. Różę wstawiłam do wazonu.
Jednak Lou myliła się co do otrzymania walentynki. Gdy wróciłyśmy w czasie przerwy do sali, w której miałyśmy podwójne zaklęcia, ktoś położył walentynkę pod jej pergamin.
- A któż to?- zdziwiła się i otworzyła- Jesteś piękna niczym kwiaty, które rosną na błoniach Hogwartu. Dałbym ci je wszystkie. Twój cichy wielbiciel- spojrzałyśmy na siebie zdziwione. Kto to może być? Napisane ładnym pismem... Nie miałyśmy pojęcia, kto mógłby być autorem tak pięknej walentynki. Gdy usiadłyśmy w ławce, do sali wrócili Albus i Scorpius w otoczeniu kolegów. Albus rozejrzał się po sali i po chwili zajął sobą. Czyżby szukał pomocy?
Po zajęciach zaczepiam Daniela i dziękuję mu za arcyciekawą walentynkę oraz za różę. Ucieszył się.
Tuż przed obiadem, udało mi się wychwycić wśród tłumu Albusa i Scorpiusa z kolegami. Razem z Lou podążyłyśmy ich śladem. Zaprowadziło nas to do łazienki dziewcząt. Schowałyśmy się za ścianą.
- No, dawaj Albus- zachęcił go jeden z kolegów. Chłopak odchrząknął i zaczął imitować jakiś dziwny język. Nagle kolumna z lustrami zaczęła się rozsuwać, a jedna ze ścian zniknęła, odsłaniając wejście. Po chwili wszyscy chłopcy wskoczyli do środka. Zaraz po zniknięciu ostatniego chłopaka, ściany połączyły się i kolumna stała się całością. Podeszłyśmy do niej i zaczęłyśmy ją oglądać.
- Patrz, znalazłam tu coś!- zawołała Louie i wskazała na jeden z kranów, na których były splecione dwa węże.
- Co to takiego?- zdziwiłam się. Węże? Wąż to symbol Slytherinu. Ale co się kryje za tym?
- Wiesz co, może my już wrócimy na obiad a potem pogadamy o tym- zaproponowała, pokazując zegarek- jestem trochę głodna.
- Nic nowego nie odkryjemy- stwierdziłam rozczarowana- chodźmy- pobiegłyśmy do Wielkiej Sali. Na szczęście nie spóźniłyśmy się.
- Gdzie byłyście?- spytał zaciekawiony Daniel, odsuwając się by zrobić nam miejsce.
- Byłyśmy w łazience- odpowiedziałam. Po chwili zajęliśmy się obiadem. Mój żołądek z wielką niecierpliwością oczekiwał na zapełnienie tymi pysznościami.
Udało mi się zaczepić Albusa, gdy stał samotnie na dziedzińcu.
- Co robiliście w łazience w czasie obiadu?- spytałam cicho. Odwrócił się zdenerwowany.
- Nic!- pisnął. Spod jego peleryny wypadła koperta, którą szybko podniosłam.
- Widziałyśmy was, jak wchodzicie do jakiejś dziury- drążyłam dalej. Spuścił głowę. Spojrzałam na kopertę. Było na niej imię "Louise" i wtedy dowiedziałam się, kto jest adoratorem przyjaciółki. Chłopak zaczerwienił się bardziej niż jedna z barw Gryffindoru.
- Posłuchaj- zaczęłam- zrobimy taki układ. Ja pomogę ci zdobyć serce Louise, a ty mi powiesz, kiedy się znowu spotykacie. Zgadzasz się?- Albus kiwnął głową.
- Ale nie zdradzisz kim jest prawdziwy adorator?- spytał dla pewności. Kiwnęłam głową.
- Obiecałam, to słowa dotrzymam- stwierdziłam- mam jej przekazać ten list?
- Tak, proszę- odpowiedział- za trzy dni idziemy ponownie, po obiedzie- dodał, po czym uciekł. Spojrzałam ponownie na kopertę, w miejscu gdzie znajdował się napis "Louise". Nie sądziłam, że Albus ma takie ładne pismo. Podczas drogi powrotnej do dormitorium, musiałam wymyślić jakieś kłamstwo, skąd ja mam tą kopertę. Na szczęście udało mi się.
- Hej, Lou!- zawołałam. Dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona- znalazłam kolejny liścik do ciebie- wręczyłam jej go a ona natychmiast otworzyła.
- Jestem zbyt słaby, by unieść ogrom twej wspaniałej postaci. Ale chcę próbować, jak Syzyf. Twój cichy wielbiciel- przeczytała na głos. Była oszołomiona a mnie rozpierało wzruszenie. Albus jest niezwykle wrażliwym romantykiem.
- Masz niesamowitego wielbiciela- stwierdziłam. Spojrzała na mnie zmieszana. Na jej twarzy malowała się radość, ale też niepewność. Powiedziałam jej też o kolejnym spotkaniu ślizgonów.
- Co ty chcesz teraz zrobić?- spytała- idziemy za nimi?
- Musimy- odpowiedziałam- jeśli knują coś niedobrego, to trzeba ich jak najszybciej powstrzymać.
Walentynki. Skrzaty szkolne ozdobiły szkołę serduszkami i zrobiło się trochę kiczowato. Lou jest troszkę smutna, bo nie dostanie od nikogo walentynki. Pocieszam ją, że to nie jest istotne, ale jeśli jej zależy, to mogę ja jej wysłać. Ja znalazłam swoją kartkę walentynkową i różę na łóżku w swoim dormitorium.
- Ty dostałaś!- zauważyła moja przyjaciółka- od kogo to może być?
- Nie ma podpisu- odpowiedziałam. Oczywiście wiedziałam, kto jest autorem.
- Niebo jest niebieskie, róże otaczają drogę, a ja cię tak kocham, że ja nie mogę- przeczytałam i o mało nie popuściłam ze śmiechu. Pokazałam to Lou i obie śmiałyśmy się jak wariatki. Daniel popisał się swoim grafomaństwem. Ale doceniam gest. Różę wstawiłam do wazonu.
Jednak Lou myliła się co do otrzymania walentynki. Gdy wróciłyśmy w czasie przerwy do sali, w której miałyśmy podwójne zaklęcia, ktoś położył walentynkę pod jej pergamin.
- A któż to?- zdziwiła się i otworzyła- Jesteś piękna niczym kwiaty, które rosną na błoniach Hogwartu. Dałbym ci je wszystkie. Twój cichy wielbiciel- spojrzałyśmy na siebie zdziwione. Kto to może być? Napisane ładnym pismem... Nie miałyśmy pojęcia, kto mógłby być autorem tak pięknej walentynki. Gdy usiadłyśmy w ławce, do sali wrócili Albus i Scorpius w otoczeniu kolegów. Albus rozejrzał się po sali i po chwili zajął sobą. Czyżby szukał pomocy?
Po zajęciach zaczepiam Daniela i dziękuję mu za arcyciekawą walentynkę oraz za różę. Ucieszył się.
Tuż przed obiadem, udało mi się wychwycić wśród tłumu Albusa i Scorpiusa z kolegami. Razem z Lou podążyłyśmy ich śladem. Zaprowadziło nas to do łazienki dziewcząt. Schowałyśmy się za ścianą.
- No, dawaj Albus- zachęcił go jeden z kolegów. Chłopak odchrząknął i zaczął imitować jakiś dziwny język. Nagle kolumna z lustrami zaczęła się rozsuwać, a jedna ze ścian zniknęła, odsłaniając wejście. Po chwili wszyscy chłopcy wskoczyli do środka. Zaraz po zniknięciu ostatniego chłopaka, ściany połączyły się i kolumna stała się całością. Podeszłyśmy do niej i zaczęłyśmy ją oglądać.
- Patrz, znalazłam tu coś!- zawołała Louie i wskazała na jeden z kranów, na których były splecione dwa węże.
- Co to takiego?- zdziwiłam się. Węże? Wąż to symbol Slytherinu. Ale co się kryje za tym?
- Wiesz co, może my już wrócimy na obiad a potem pogadamy o tym- zaproponowała, pokazując zegarek- jestem trochę głodna.
- Nic nowego nie odkryjemy- stwierdziłam rozczarowana- chodźmy- pobiegłyśmy do Wielkiej Sali. Na szczęście nie spóźniłyśmy się.
- Gdzie byłyście?- spytał zaciekawiony Daniel, odsuwając się by zrobić nam miejsce.
- Byłyśmy w łazience- odpowiedziałam. Po chwili zajęliśmy się obiadem. Mój żołądek z wielką niecierpliwością oczekiwał na zapełnienie tymi pysznościami.
Udało mi się zaczepić Albusa, gdy stał samotnie na dziedzińcu.
- Co robiliście w łazience w czasie obiadu?- spytałam cicho. Odwrócił się zdenerwowany.
- Nic!- pisnął. Spod jego peleryny wypadła koperta, którą szybko podniosłam.
- Widziałyśmy was, jak wchodzicie do jakiejś dziury- drążyłam dalej. Spuścił głowę. Spojrzałam na kopertę. Było na niej imię "Louise" i wtedy dowiedziałam się, kto jest adoratorem przyjaciółki. Chłopak zaczerwienił się bardziej niż jedna z barw Gryffindoru.
- Posłuchaj- zaczęłam- zrobimy taki układ. Ja pomogę ci zdobyć serce Louise, a ty mi powiesz, kiedy się znowu spotykacie. Zgadzasz się?- Albus kiwnął głową.
- Ale nie zdradzisz kim jest prawdziwy adorator?- spytał dla pewności. Kiwnęłam głową.
- Obiecałam, to słowa dotrzymam- stwierdziłam- mam jej przekazać ten list?
- Tak, proszę- odpowiedział- za trzy dni idziemy ponownie, po obiedzie- dodał, po czym uciekł. Spojrzałam ponownie na kopertę, w miejscu gdzie znajdował się napis "Louise". Nie sądziłam, że Albus ma takie ładne pismo. Podczas drogi powrotnej do dormitorium, musiałam wymyślić jakieś kłamstwo, skąd ja mam tą kopertę. Na szczęście udało mi się.
- Hej, Lou!- zawołałam. Dziewczyna spojrzała na mnie zaskoczona- znalazłam kolejny liścik do ciebie- wręczyłam jej go a ona natychmiast otworzyła.
- Jestem zbyt słaby, by unieść ogrom twej wspaniałej postaci. Ale chcę próbować, jak Syzyf. Twój cichy wielbiciel- przeczytała na głos. Była oszołomiona a mnie rozpierało wzruszenie. Albus jest niezwykle wrażliwym romantykiem.
- Masz niesamowitego wielbiciela- stwierdziłam. Spojrzała na mnie zmieszana. Na jej twarzy malowała się radość, ale też niepewność. Powiedziałam jej też o kolejnym spotkaniu ślizgonów.
- Co ty chcesz teraz zrobić?- spytała- idziemy za nimi?
- Musimy- odpowiedziałam- jeśli knują coś niedobrego, to trzeba ich jak najszybciej powstrzymać.
poniedziałek, 24 marca 2014
Rozdział VIII
Gdy obydwaj profesorowie z przesłuchiwanymi uczniami przybyli, porozmawiali z każdym oddzielnie. Skończyło się na tym, że Jamesowi i ślizgonom odjęto łącznie 30 punktów za bójkę. Quinn natomiast dostał 15 za interwencję. Ja dostałam 10 za podjęcie próby uspokojenia chłopaków. Nie dociekałam, przez kogo oberwałam, bo to nie było istotne. James i ślizgoni przeprosili mnie. Wybaczyłam im, bo nie byłam na nikogo wściekła.
Pani Walter oznajmiła mi, że wyjdę dopiero jutro rano i że mam ogromne szczęście, bo mogłam sobie uszkodzić mózg. Musiałam pić jakieś dziwne substancje. Na wieczór odwiedził mnie Daniel, który razem z Lou przyniósł mi podręczniki i swoje notatki, bym była gotowa na jutrzejsze zajęcia.
- Mogę z tobą porozmawiać? Na samotności?- spytała, patrząc ukradkiem na Daniela. Chłopak zrozumiał, o co chodzi i wyszedł na chwilę.
- Słucham- zwróciłam się do niej. Usiadła obok mnie.
- Chciałabym się pogodzić- zaczęła i spuściła wzrok. Widzę, że jest jej bardzo przykro- po tym, co dzisiaj zrobił James, nie wyobrażałam sobie dalszego związku z nim. Zerwałam.
- Zerwałaś z Jamesem?- to było dla mnie zaskakujące. Mój scenariusz prawie się spełnił.
- Na początku było fajnie- stwierdziła- spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, chodziłam z nim na treningi. Ale później zrobił się bardziej wredny i chamski, popisywał się przed kolegami i czułam się niepotrzebna. Ta dzisiejsza kumulacja agresji i to, że użył zaklęć w bójce z młodszym i słabszym sprawiło, że przestał być dla mnie kimś niesamowitym.
- Bardzo mi przykro- odpowiedziałam.
- Ponad to, próbował mnie nastawić przeciwko tobie- dodała- a to było dla mnie okropne. Stałam się kimś nieczułym i okropnym. Nasza przyjaźń nie była warta takiego poświęcenia.
- Cieszę się, że doszłaś do tego wniosku- uśmiechnęłam się- wybaczam ci. Tęskniłam za tobą.
- Ja za tobą też- w miarę możliwości przytuliłyśmy się. Niezmiernie się cieszę, że znów jesteśmy przyjaciółkami.
- Ja już będę zmykać, żeby się na jutro przygotować- powiedziała- widzimy się jutro?
- Oczywiście- odpowiedziałam- trzymaj się! Dzięki za rzeczy.
- Nie ma za co- Lou uśmiechnęła się- trzymaj się!- dodała po czym pobiegła. Po chwili przyszedł Daniel i usiadł na miejscu Lou.
- Pogodziłyście się?- spytał. Kiwnęłam głową.
- Jak się czujesz?
- W porządku- odpowiedziałam- pani Walter powiedziała, że miałam dużo szczęścia.
- Jak ciebie znaleźliśmy, leżałaś w kałuży krwi- powiedział- dobrze, że Quinn zachował trzeźwy umysł i zaraz cię przyniósł tutaj.
- Muszę mu podziękować- stwierdziłam- tobie też dziękuję. Uratowaliście mi życie- zauważyłam, że się czymś denerwuje.
- Wszystko w porządku?- spytałam. Wziął głęboki oddech i spojrzał na mnie.
- Skoro pogodziłaś się z Lou, to już nie będziesz z nami spędzać czasu?- zaskoczyło mnie to.
- Nie, skąd!- zapewniłam go- pogodziłam się, ale wy też jesteście dla mnie ważni. Możemy spędzać czas wszyscy razem.
- To dobrze- uśmiechnął się lekko- bo ja chciałbym ci coś powiedzieć...
- Co takiego?
- Bo ja... Ja się... Ja cię kocham- dobrze że leżałam, bo gdybym stała, to bym zaraz upadła na podłogę. Zszokował mnie tym wyznaniem- po tej naszej rozmowie na błoniach postanowiłem się do ciebie zbliżyć i wykorzystując okazję, zapraszałem ciebie do przedziału, na treningi i robiłem wszystko, by być blisko ciebie...
- Wiesz... Nie wiem co powiedzieć- stwierdziłam.
- Jeśli nie odwzajemniasz mojego uczucia, to pogodzę się z tym- dodał. Po chwili podeszła do nas pani Walter.
- Panie MacMillan, koniec wizyty. Felicity musi odpocząć i nabrać sił na jutro.
- Tak, już idę- odpowiedział i wstał- trzymaj się.
- Cześć.
Obudziłam się wcześnie. Zaraz wróciły myśli o Danielu. Do tej pory go nie cierpiałam, każda nasza rozmowa była próbą nerwów, a od tamtej rozmowy na błoniach wiele się zmieniło. Okazał się ciepłym i przyjacielskim kolegą. Wszelkie spotkania, lekcje czy treningi tylko nas do siebie zbliżały. Zdałam sobie sprawę, że nie jest mi obojętny. W jego towarzystwie czułam się świetnie. Już wiem, co mu odpowiedzieć.
Gdy przybyłam na lekcje, usiadłam z Lou. Ale gdy tylko Daniel spojrzał na mnie, uśmiechnęłam się do niego. Wspaniale jest mieć przy sobie najważniejszych ludzi.
Pani Walter oznajmiła mi, że wyjdę dopiero jutro rano i że mam ogromne szczęście, bo mogłam sobie uszkodzić mózg. Musiałam pić jakieś dziwne substancje. Na wieczór odwiedził mnie Daniel, który razem z Lou przyniósł mi podręczniki i swoje notatki, bym była gotowa na jutrzejsze zajęcia.
- Mogę z tobą porozmawiać? Na samotności?- spytała, patrząc ukradkiem na Daniela. Chłopak zrozumiał, o co chodzi i wyszedł na chwilę.
- Słucham- zwróciłam się do niej. Usiadła obok mnie.
- Chciałabym się pogodzić- zaczęła i spuściła wzrok. Widzę, że jest jej bardzo przykro- po tym, co dzisiaj zrobił James, nie wyobrażałam sobie dalszego związku z nim. Zerwałam.
- Zerwałaś z Jamesem?- to było dla mnie zaskakujące. Mój scenariusz prawie się spełnił.
- Na początku było fajnie- stwierdziła- spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu, chodziłam z nim na treningi. Ale później zrobił się bardziej wredny i chamski, popisywał się przed kolegami i czułam się niepotrzebna. Ta dzisiejsza kumulacja agresji i to, że użył zaklęć w bójce z młodszym i słabszym sprawiło, że przestał być dla mnie kimś niesamowitym.
- Bardzo mi przykro- odpowiedziałam.
- Ponad to, próbował mnie nastawić przeciwko tobie- dodała- a to było dla mnie okropne. Stałam się kimś nieczułym i okropnym. Nasza przyjaźń nie była warta takiego poświęcenia.
- Cieszę się, że doszłaś do tego wniosku- uśmiechnęłam się- wybaczam ci. Tęskniłam za tobą.
- Ja za tobą też- w miarę możliwości przytuliłyśmy się. Niezmiernie się cieszę, że znów jesteśmy przyjaciółkami.
- Ja już będę zmykać, żeby się na jutro przygotować- powiedziała- widzimy się jutro?
- Oczywiście- odpowiedziałam- trzymaj się! Dzięki za rzeczy.
- Nie ma za co- Lou uśmiechnęła się- trzymaj się!- dodała po czym pobiegła. Po chwili przyszedł Daniel i usiadł na miejscu Lou.
- Pogodziłyście się?- spytał. Kiwnęłam głową.
- Jak się czujesz?
- W porządku- odpowiedziałam- pani Walter powiedziała, że miałam dużo szczęścia.
- Jak ciebie znaleźliśmy, leżałaś w kałuży krwi- powiedział- dobrze, że Quinn zachował trzeźwy umysł i zaraz cię przyniósł tutaj.
- Muszę mu podziękować- stwierdziłam- tobie też dziękuję. Uratowaliście mi życie- zauważyłam, że się czymś denerwuje.
- Wszystko w porządku?- spytałam. Wziął głęboki oddech i spojrzał na mnie.
- Skoro pogodziłaś się z Lou, to już nie będziesz z nami spędzać czasu?- zaskoczyło mnie to.
- Nie, skąd!- zapewniłam go- pogodziłam się, ale wy też jesteście dla mnie ważni. Możemy spędzać czas wszyscy razem.
- To dobrze- uśmiechnął się lekko- bo ja chciałbym ci coś powiedzieć...
- Co takiego?
- Bo ja... Ja się... Ja cię kocham- dobrze że leżałam, bo gdybym stała, to bym zaraz upadła na podłogę. Zszokował mnie tym wyznaniem- po tej naszej rozmowie na błoniach postanowiłem się do ciebie zbliżyć i wykorzystując okazję, zapraszałem ciebie do przedziału, na treningi i robiłem wszystko, by być blisko ciebie...
- Wiesz... Nie wiem co powiedzieć- stwierdziłam.
- Jeśli nie odwzajemniasz mojego uczucia, to pogodzę się z tym- dodał. Po chwili podeszła do nas pani Walter.
- Panie MacMillan, koniec wizyty. Felicity musi odpocząć i nabrać sił na jutro.
- Tak, już idę- odpowiedział i wstał- trzymaj się.
- Cześć.
Obudziłam się wcześnie. Zaraz wróciły myśli o Danielu. Do tej pory go nie cierpiałam, każda nasza rozmowa była próbą nerwów, a od tamtej rozmowy na błoniach wiele się zmieniło. Okazał się ciepłym i przyjacielskim kolegą. Wszelkie spotkania, lekcje czy treningi tylko nas do siebie zbliżały. Zdałam sobie sprawę, że nie jest mi obojętny. W jego towarzystwie czułam się świetnie. Już wiem, co mu odpowiedzieć.
Gdy przybyłam na lekcje, usiadłam z Lou. Ale gdy tylko Daniel spojrzał na mnie, uśmiechnęłam się do niego. Wspaniale jest mieć przy sobie najważniejszych ludzi.
Rozdział VII
Po tym incydencie Lou i James, mimo wszystko, zostali oficjalnie parą. Za to ja i Daniel przestaliśmy się ze sobą kłócić i staliśmy się przyjaciółmi. Zjednoczyła nas złość na Andersonów. Teraz, gdy znam prawdę o Ericu, nie jestem zachwycona jego umiejętnościami w Quidditchu. Ja i Lou mijałyśmy się bez słowa. Ona najczęściej przesiadywała z Jamesem. Ja zajęłam się nauką, ale też dalszym prowadzeniem śledztwa. Wciąż nie pasowało mi wiele rzeczy w zachowaniu Albusa, Scorpiusa i jego kolegów.
Zbliżały się święta bożonarodzeniowe. Zarówno ja, jak i Daniel, Lou czy Potterowie wyjeżdżamy do rodzin. Będę miała co opowiadać moim rodzicom. Podczas pakowania, znalazłam wspólne zdjęcie moje i Lou. Byłyśmy wtedy po pierwszym roku. Zaprosiłam ją na wakacje i moja mama zrobiła nam zdjęcie, jak się razem bawiłyśmy. Obie umorusane w błocie, ale uśmiechnięte. Trzymamy się za ręce. Wtedy było inaczej. Schowałam zdjęcie do schowka i kontynuowałam pakowanie. Nie brałam zbyt wielu rzeczy, głównie parę ubrań, podręczniki i rzeczy osobiste. Gdzieś w głębi duszy chciałam wybaczyć Lou to wszystko i przywrócić to, co było przedtem. Ale postanowiłam być nieugięta. Wymarzonym dla mnie scenariuszem byłoby zerwanie Lou i Jamesa, po którym bym ją pocieszała. Mogłaby się wtedy przekonać, że nie był warty takiego poświęcenia.
W dniu wyjazdu, gdy oddałam swój bagaż na stacji, zaczepił mnie Daniel.
- Hej- podszedł- może chcesz usiąść w przedziale ze mną i moimi kolegami z drużyny?- spytał. Zrobiłam się czerwona na twarzy.
- Zaskoczyłeś mnie tą propozycją...
- Pomyślałem, że skoro Louise i tak pewnie pójdzie do Jamesa, to ty możesz pójść do nas- wyjaśnił. Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową. Daniel jechał z męską częścią drużyny Quidditcha. Czułam się, jakbym awansowała w jakiejś hierarchii.
- Proszę, któż to do nas zawitał!- zawołał Quinn.
- Oto ja, we własnej osobie- odpowiedziałam z przekorą. Oprócz niego siedział też DeBirgh, Alan Fawcett, kapitan drużyny oraz ścigający i Ralph Fairchild, drugi ścigający. Eric się nie pojawił. Część drogi obgadywaliśmy Andersonów. Ja nie brałam w tym aktywnego udziału, ale słuchanie ich tekstów sprawiało mi dużo śmiechu. Wszelkie negatywne emocje zeszły ze mnie.
Moi rodzice byli w szoku, gdy im powiedziałam o wszystkim co się stało. Czułam już obojętność wobec Lou. Pochłonęło mnie rozwijanie przyjaźni z Danielem i jego kolegami. Musiałam też uważać na zachowania Albusa i Scorpiusa.
Gdy weszłam do pociągu do Hogwartu, trafiłam na rozmowę ślizgonów. To, co usłyszałam, ponownie rozbudziło moje wątpliwości.
- Słuchaj Malfoy, wiedz, że jeśli się nie zdecydujesz, to załatwimy to inaczej.
- Ale ja nie chcę tego robić!
- Nie chcesz przywrócić swojemu ojcu i dziadkowi dawnego prestiżu?
- A co ma jedno z drugim?
- Nasi dziadkowie cieszyli się wtedy lepszą pozycją społeczną.
- Skoro twój dziadek się ostał, to mógłbyś go poprosić o pomoc! Na pewno trzyma jeszcze jakieś przedmioty.
- Gdyby nam się udało, nasi dziadkowie byliby znów wolni! Nie musielibyśmy ich odwiedzać w tym wstrętnym miejscu!
- Zostawcie mnie! Tak samo Albusa!
- A właśnie, Potter, jak piśniesz chociaż słówko swoim starym, to się zemścimy.
- To, że twój ojciec załatwił naszych dziadków, nie znaczy że nie da się tego odwrócić...
- Cześć Fee!- za mną pojawił się Daniel- jak tam święta?
- Cześć Daniel- odpowiedziałam- w porządku, a twoje?
- Też- uśmiechnął się- przyłączysz się do nas, jak ostatnio?
- Chętnie- zgodziłam się i dołączyłam do jego przedziału. Opowiadaliśmy sobie, jak przebiegły nasze święta. Pochłonięta rozmową i śmiechem, zapomniałam o Lou i śledztwie. Postanowiłam, że gdy mój brat dostanie list i stanie się uczniem Hogwartu, to koniecznie poznam go z moimi znajomymi.
Lou i James spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Ale mnie obchodziło mnie już to. Na lekcjach siadałam z Danielem. Trochę tęskniłam za moją przyjaciółką i czasem, gdy spędzałyśmy razem czas. W końcu przyjaźnimy się już ponad 2 lata i szkoda by było zaprzepaścić to wszystko. Gdy czułam, że mogłabym się z nią pogodzić, zdarzył się incydent, który wywrócił wszystko do góry nogami.
W sobotę Quinn i Daniel zaprosili mnie na trening Quidditcha. Sama w sobie nigdy nie byłam zainteresowana tym sportem, jednak zawodnicy i ich manewry robiły na mnie ogromne wrażenie. Te uniki, wyskoki, czujność, siła... Raz o mało nie oberwałam tłuczkiem, ale w porę zrobiłam unik. Nie cierpię tej piłki.
Po meczu wróciłam do dormitorium, żeby zająć się pracami domowymi. Będąc blisko wejścia, zastałam Jamesa, Lou, Scorpiusa i Albusa w trakcie kłótni. Postanowiłam jak najszybciej to zakończyć, by nie doszło znowu do bójki.
- Co tu się dzieje?
- O nie, to znowu ty?- spytał zażenowany Gryfon. Lou spojrzała na mnie niepewnie.
- Tak- odpowiedziałam pewna siebie- jestem tam, gdzie Albus i Scorpius są dręczeni. Mogę wiedzieć, co się dzieje?
- Gówniarz ukradł mi moją mapę!- wyjaśnił, pokazując mi owy przedmiot.
- Ona nie jest twoja, tylko naszego taty!- odpowiedział Albus.
- Ja ją pożyczyłem od taty i miałem zamiar zwrócić- stwierdził udając powagę.
- Co, chcieliście znaleźć dla siebie miejsce do gruchania?- spytała z wrednym uśmiechem Lou. To był dla mnie szok.
- Nie jesteśmy parą!- odpowiedział Albus.
- Też chcieliśmy z niej skorzystać- odpowiedział odważnie Scorpius- szukaliśmy miejsca, gdzie można by było cię zamknąć.
- Ja cię zaraz zamknę!- James się wkurzył i zaczęła się bójka na zaklęcia.
- Na brodę Merlina, przestańcie!- zawołałam i próbowałam wkroczyć. Nagle poczułam okropny ból i upadłam na podłogę. Oberwałam w twarz, a z nosa leciała mi krew.
- Felicity!- usłyszałam znajomy głos. Nie mogłam otworzyć oczu, ale poczułam, że ktoś podnosi moją głowę. Zabolało mnie to.
- Co jej zrobiliście?- spytał Quinn.
- Nie wiem!- pisnął Albus. Nagle poczułam, że unoszę się w powietrze i przemieszczam w szybkim tempie. W trakcie drogi udało mi się otworzyć oczy i wtedy zorientowałam się w sytuacji. Quinn wziął mnie na ręce i razem z Danielem i kilkoma osobami biegli, zapewne do pielęgniarki. Ból głowy stał się tak silny, że aż straciłam przytomność. Obudziłam się po zabiegu. Przy mnie siedzieli Daniel, Quinn i Albus.
- Jak się czujesz?- spytał MacMillan.
- Lepiej- odpowiedziałam- co się stało?
- Oberwałaś zaklęciem i przy upadku mocno uderzyłaś głową w posadzkę- wyjaśniła mi pani Walter.
- Gdzie James, Lou i Scorpius?- zadałam kolejne pytanie.
- profesor Longbottom i MacMillan ich przesłuchują. Niedługo tutaj przyjdą- wyjaśnił Quinn.
Zbliżały się święta bożonarodzeniowe. Zarówno ja, jak i Daniel, Lou czy Potterowie wyjeżdżamy do rodzin. Będę miała co opowiadać moim rodzicom. Podczas pakowania, znalazłam wspólne zdjęcie moje i Lou. Byłyśmy wtedy po pierwszym roku. Zaprosiłam ją na wakacje i moja mama zrobiła nam zdjęcie, jak się razem bawiłyśmy. Obie umorusane w błocie, ale uśmiechnięte. Trzymamy się za ręce. Wtedy było inaczej. Schowałam zdjęcie do schowka i kontynuowałam pakowanie. Nie brałam zbyt wielu rzeczy, głównie parę ubrań, podręczniki i rzeczy osobiste. Gdzieś w głębi duszy chciałam wybaczyć Lou to wszystko i przywrócić to, co było przedtem. Ale postanowiłam być nieugięta. Wymarzonym dla mnie scenariuszem byłoby zerwanie Lou i Jamesa, po którym bym ją pocieszała. Mogłaby się wtedy przekonać, że nie był warty takiego poświęcenia.
W dniu wyjazdu, gdy oddałam swój bagaż na stacji, zaczepił mnie Daniel.
- Hej- podszedł- może chcesz usiąść w przedziale ze mną i moimi kolegami z drużyny?- spytał. Zrobiłam się czerwona na twarzy.
- Zaskoczyłeś mnie tą propozycją...
- Pomyślałem, że skoro Louise i tak pewnie pójdzie do Jamesa, to ty możesz pójść do nas- wyjaśnił. Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową. Daniel jechał z męską częścią drużyny Quidditcha. Czułam się, jakbym awansowała w jakiejś hierarchii.
- Proszę, któż to do nas zawitał!- zawołał Quinn.
- Oto ja, we własnej osobie- odpowiedziałam z przekorą. Oprócz niego siedział też DeBirgh, Alan Fawcett, kapitan drużyny oraz ścigający i Ralph Fairchild, drugi ścigający. Eric się nie pojawił. Część drogi obgadywaliśmy Andersonów. Ja nie brałam w tym aktywnego udziału, ale słuchanie ich tekstów sprawiało mi dużo śmiechu. Wszelkie negatywne emocje zeszły ze mnie.
Moi rodzice byli w szoku, gdy im powiedziałam o wszystkim co się stało. Czułam już obojętność wobec Lou. Pochłonęło mnie rozwijanie przyjaźni z Danielem i jego kolegami. Musiałam też uważać na zachowania Albusa i Scorpiusa.
Gdy weszłam do pociągu do Hogwartu, trafiłam na rozmowę ślizgonów. To, co usłyszałam, ponownie rozbudziło moje wątpliwości.
- Słuchaj Malfoy, wiedz, że jeśli się nie zdecydujesz, to załatwimy to inaczej.
- Ale ja nie chcę tego robić!
- Nie chcesz przywrócić swojemu ojcu i dziadkowi dawnego prestiżu?
- A co ma jedno z drugim?
- Nasi dziadkowie cieszyli się wtedy lepszą pozycją społeczną.
- Skoro twój dziadek się ostał, to mógłbyś go poprosić o pomoc! Na pewno trzyma jeszcze jakieś przedmioty.
- Gdyby nam się udało, nasi dziadkowie byliby znów wolni! Nie musielibyśmy ich odwiedzać w tym wstrętnym miejscu!
- Zostawcie mnie! Tak samo Albusa!
- A właśnie, Potter, jak piśniesz chociaż słówko swoim starym, to się zemścimy.
- To, że twój ojciec załatwił naszych dziadków, nie znaczy że nie da się tego odwrócić...
- Cześć Fee!- za mną pojawił się Daniel- jak tam święta?
- Cześć Daniel- odpowiedziałam- w porządku, a twoje?
- Też- uśmiechnął się- przyłączysz się do nas, jak ostatnio?
- Chętnie- zgodziłam się i dołączyłam do jego przedziału. Opowiadaliśmy sobie, jak przebiegły nasze święta. Pochłonięta rozmową i śmiechem, zapomniałam o Lou i śledztwie. Postanowiłam, że gdy mój brat dostanie list i stanie się uczniem Hogwartu, to koniecznie poznam go z moimi znajomymi.
Lou i James spędzali ze sobą mnóstwo czasu. Ale mnie obchodziło mnie już to. Na lekcjach siadałam z Danielem. Trochę tęskniłam za moją przyjaciółką i czasem, gdy spędzałyśmy razem czas. W końcu przyjaźnimy się już ponad 2 lata i szkoda by było zaprzepaścić to wszystko. Gdy czułam, że mogłabym się z nią pogodzić, zdarzył się incydent, który wywrócił wszystko do góry nogami.
W sobotę Quinn i Daniel zaprosili mnie na trening Quidditcha. Sama w sobie nigdy nie byłam zainteresowana tym sportem, jednak zawodnicy i ich manewry robiły na mnie ogromne wrażenie. Te uniki, wyskoki, czujność, siła... Raz o mało nie oberwałam tłuczkiem, ale w porę zrobiłam unik. Nie cierpię tej piłki.
Po meczu wróciłam do dormitorium, żeby zająć się pracami domowymi. Będąc blisko wejścia, zastałam Jamesa, Lou, Scorpiusa i Albusa w trakcie kłótni. Postanowiłam jak najszybciej to zakończyć, by nie doszło znowu do bójki.
- Co tu się dzieje?
- O nie, to znowu ty?- spytał zażenowany Gryfon. Lou spojrzała na mnie niepewnie.
- Tak- odpowiedziałam pewna siebie- jestem tam, gdzie Albus i Scorpius są dręczeni. Mogę wiedzieć, co się dzieje?
- Gówniarz ukradł mi moją mapę!- wyjaśnił, pokazując mi owy przedmiot.
- Ona nie jest twoja, tylko naszego taty!- odpowiedział Albus.
- Ja ją pożyczyłem od taty i miałem zamiar zwrócić- stwierdził udając powagę.
- Co, chcieliście znaleźć dla siebie miejsce do gruchania?- spytała z wrednym uśmiechem Lou. To był dla mnie szok.
- Nie jesteśmy parą!- odpowiedział Albus.
- Też chcieliśmy z niej skorzystać- odpowiedział odważnie Scorpius- szukaliśmy miejsca, gdzie można by było cię zamknąć.
- Ja cię zaraz zamknę!- James się wkurzył i zaczęła się bójka na zaklęcia.
- Na brodę Merlina, przestańcie!- zawołałam i próbowałam wkroczyć. Nagle poczułam okropny ból i upadłam na podłogę. Oberwałam w twarz, a z nosa leciała mi krew.
- Felicity!- usłyszałam znajomy głos. Nie mogłam otworzyć oczu, ale poczułam, że ktoś podnosi moją głowę. Zabolało mnie to.
- Co jej zrobiliście?- spytał Quinn.
- Nie wiem!- pisnął Albus. Nagle poczułam, że unoszę się w powietrze i przemieszczam w szybkim tempie. W trakcie drogi udało mi się otworzyć oczy i wtedy zorientowałam się w sytuacji. Quinn wziął mnie na ręce i razem z Danielem i kilkoma osobami biegli, zapewne do pielęgniarki. Ból głowy stał się tak silny, że aż straciłam przytomność. Obudziłam się po zabiegu. Przy mnie siedzieli Daniel, Quinn i Albus.
- Jak się czujesz?- spytał MacMillan.
- Lepiej- odpowiedziałam- co się stało?
- Oberwałaś zaklęciem i przy upadku mocno uderzyłaś głową w posadzkę- wyjaśniła mi pani Walter.
- Gdzie James, Lou i Scorpius?- zadałam kolejne pytanie.
- profesor Longbottom i MacMillan ich przesłuchują. Niedługo tutaj przyjdą- wyjaśnił Quinn.
Rozdział VI
Gdy weszłam do dormitorium, zastałam Lou całującą się z Jamesem Potterem. Byłam w ogromnym szoku. Obydwoje spojrzeli na mnie równie zadziwieni jak ja.
- Co wy wyprawiacie?- spytałam.
- Fee, ja i James chcemy być parą- wyjaśniła Lou.
- Spotykasz się z kimś, kto prześladuje własnego brata? A ty mi jeszcze pomagałaś go bronić?- czułam ogromną złość.
- Ej, to moja sprawa!- warknął Potter.
- Nie z tobą rozmawiam!- odpowiedziałam do niego i spojrzałam z wyrzutem na moją przyjaciółkę- myślałam, że nie mamy przed sobą sekretów! Myślałam, że jesteśmy wobec siebie szczere!
- Miałam ci powiedzieć... Ale nie wiedziałam kiedy...- Lou spuściła głowę.
- Wiesz co? A rób co chcesz. Nie interesuje mnie już to- po tych słowach wybiegłam z pokoju wspólnego na korytarz. Chciałam być jak najdalej od nich wszystkich. Pobiegłam do łazienki dla dziewczyn i tam schowałam się w jednej z kabin, po czym rozpłakałam się. Czułam się zdradzona. Własna przyjaciółka, która wspierała mnie w kłótniach z Jamesem, pomagała chronić Albusa... Czy ona była naprawdę szczera w tym wszystkim?
- Uważaj, bo skończysz jak ja...- na drzwiach usiadła Jęcząca Marta.
- Dziękuję za ostrzeżenie- odpowiedziałam sarkastycznie. Wytarłam oczy, ale wciąż czułam się okropnie.
- Widzę, że miałaś poważny powód by tutaj przybyć- zauważyła. Mimo, że to było dziwne, to postanowiłam jej się zwierzyć. Marta wysłuchała mnie z uwagą. Ulżyło mi.
- Przyjaźń bywa taka zmienna- stwierdziła-ja nigdy nie miałam przyjaciół. Wszyscy śmiali się z moich okularów- dodała, po czym zaczęła lewitować nad moją kabiną- w ramach zemsty nawiedzałam tych najbardziej podłych, ale musiałam tego zaprzestać. Może ty też spróbujesz?
- Aż tak nie jestem zdesperowana- odpowiedziałam zniesmaczona takim pomysłem- muszę sobie dać czas, by to przemyśleć- nagle usłyszałam dziwne dźwięki. Siedząc na toalecie, podkuliłam nogi i udawałam że mnie nie ma. Coś, jakby dźwięk przesuwanego, dużego przedmiotu po płytach łazienki.
- Tym razem nam nie poszło- stwierdził chłopięcy głos- ale spróbujemy jutro.
- Im więcej tym lepiej- dodał inny.
- Jutro?- spytał znajomy głos. To Scorpius.
- No, a co żeś myślał?- spytał pierwszy osobnik, którego usłyszałam.
- Nie możemy się poddać- dodał jeszcze inny. Delikatnie uchyliłam drzwi, ale ujrzałam tylko plecy uczniów Slytherinu. Gdy całkowicie opuścili toaletę, wyszłam z kabiny i rozejrzałam się. Niczego nie przynieśli, nic nie przesuwali... Co to może być?
- Marto, widziałaś coś?- spytałam ducha.
- Niestety, zauważyłam ich dopiero jak się pojawili. Za bardzo odpłynęłam we wspomnieniach...- odpowiedziała, po czym gdzieś poleciała. Machnęłam ramionami i wyszłam na korytarz. Nie miałam ochoty wracać do pokoju wspólnego, więc przeszłam się po korytarzach. Myśli o tajemniczym pojawieniu się ślizgonów przeplatały się z wspomnieniem Lou i Jamesa, którzy się całowali. Czułam się dziwnie. Wtem zrozumiałam dziwne zachowanie Lou. To, jak odradzała mi angażowanie się w dalsze śledztwo co do Scorpiusa i Albusa, jak zachwycała się miotłą Jamesa... Ciekawe, jak długo to trwało? Schowałam się za posągiem jednookiej czarownicy i najlepiej zostałabym tu do jutra. Zostałam sama. Lou, która była dla mnie największą przyjaciółką i prawie siostrą zdradziła i okłamywała mnie. Nie wiem, czy jej to wybaczę. Znowu zebrało mi się na płacz.
- Finch-Fletchey, widzę cię- znajomy głos wyrwał mnie z zamyślenia. To Daniel.
- Super, znaczy że masz dobry wzrok- odpowiedziałam sarkastycznie i wyszłam zza posągu.
- Płakałaś?- zdziwił się.
- To nic takiego, nie twoja sprawa- odpowiedziałam i postanowiłam odszukać innej kryjówki. Wtem Daniel złapał mnie za ramię.
- Co się stało? Widziałem cię, gdy wybiegłaś z dormitorium jak oparzona.
- To naprawdę nie twoja sprawa- burknęłam.
- Pokłóciłaś się z Lou?- skoro był taki wścibski i ciekawski, to musiałam dać za wygraną.
- Zastałam Lou, jak całuje się z moim wrogiem, Jamesem Potterem- wyjaśniłam.
- Myślałem, że to ja jestem twoim wrogiem- odpowiedział i uśmiechnął się lekko.
- Ty nie dokuczasz młodszemu rodzeństwu z powodu przydziału do Slytherinu- odpowiedziałam. Z jakiegoś powodu poczułam, że mogę mu zaufać. Wyszliśmy na błonia, gdzie nie było prawie nikogo. Wytłumaczyłam mu dokładnie co się działo do tej pory. Wątek śledztwa starałam się pominąć, by nie robić afery. Skoro sama to zaczęłam, to sama chcę to skończyć.
- Myślę, że ty i Louise powinnyście dać sobie czas do namysłu- stwierdził, po wysłuchaniu całej historii- ty się zastanów, czy jej wybaczysz i czy ten incydent zaważy na dalszej przyjaźni a ona powinna pomyśleć, jak się z tobą pogodzić i pogodzić jedno z drugim- to co powiedział, było bardzo mądre. Dawno nie słyszałam niczego takiego z jego strony od początku nauki w Hogwarcie.
- Dzięki za radę- odpowiedziałam. Obydwoje uśmiechnęliśmy się.
- Kiedy był casting do drużyny quidditcha, ja nie mogłem przybyć ze względu na naukę. Nikt mi potem nie powiedział, że Eric Anderson dołączył- sam zaczął mi się zwierzać. Skoro ja mogłam, to niech on teraz się wyżali- nie znoszę go, od kiedy naskarżył na mnie do ojca, że zamknąłem kilka koleżanek w schowku woźnego, podczas gdy był to on. Dostałem taką burę, że kilka tygodni chodziłem przygaszony.
- Pamiętam to- powiedziałam zaskoczona pamięcią. Rzeczywiście, było coś takiego. To było chyba na drugim roku.
- No widzisz. Przez to nie zdobyliśmy pierwszego miejsca w tabeli domów- kontynuował- potem ten czyn poszedł w niepamięć, jednak ja nigdy nie zapomniałem. Dlatego, gdy przyszedłem na pierwszy trening po castingu i zobaczyłem go wśród zawodników. Czułem taką złość... Ale nie okazałem tego. Pozwoliłem reszcie uważać, że jestem zazdrosny o popularność.
- Powinieneś powiedzieć prawdę- stwierdziłam. Zaczął wiać chłodniejszy wiatr, więc zebraliśmy się do zamku.
- No tak, tylko co to teraz da?- spytał- było minęło. Tym bardziej, że wykazał się na ostatnim meczu i zostaje na stałe.
- No cóż, jak chcesz. Skoro on ma taki temperament, to może znowu coś zmalować.
- Teraz jest raczej grzeczny. No nic, muszę się pogodzić z tym, że on był, jest i będzie- stwierdził. Gdy podeszliśmy do pokoju wspólnego, zobaczyliśmy Lou i Jamesa. Nie zwrócili na nas uwagi.
- Co wy wyprawiacie?- spytałam.
- Fee, ja i James chcemy być parą- wyjaśniła Lou.
- Spotykasz się z kimś, kto prześladuje własnego brata? A ty mi jeszcze pomagałaś go bronić?- czułam ogromną złość.
- Ej, to moja sprawa!- warknął Potter.
- Nie z tobą rozmawiam!- odpowiedziałam do niego i spojrzałam z wyrzutem na moją przyjaciółkę- myślałam, że nie mamy przed sobą sekretów! Myślałam, że jesteśmy wobec siebie szczere!
- Miałam ci powiedzieć... Ale nie wiedziałam kiedy...- Lou spuściła głowę.
- Wiesz co? A rób co chcesz. Nie interesuje mnie już to- po tych słowach wybiegłam z pokoju wspólnego na korytarz. Chciałam być jak najdalej od nich wszystkich. Pobiegłam do łazienki dla dziewczyn i tam schowałam się w jednej z kabin, po czym rozpłakałam się. Czułam się zdradzona. Własna przyjaciółka, która wspierała mnie w kłótniach z Jamesem, pomagała chronić Albusa... Czy ona była naprawdę szczera w tym wszystkim?
- Uważaj, bo skończysz jak ja...- na drzwiach usiadła Jęcząca Marta.
- Dziękuję za ostrzeżenie- odpowiedziałam sarkastycznie. Wytarłam oczy, ale wciąż czułam się okropnie.
- Widzę, że miałaś poważny powód by tutaj przybyć- zauważyła. Mimo, że to było dziwne, to postanowiłam jej się zwierzyć. Marta wysłuchała mnie z uwagą. Ulżyło mi.
- Przyjaźń bywa taka zmienna- stwierdziła-ja nigdy nie miałam przyjaciół. Wszyscy śmiali się z moich okularów- dodała, po czym zaczęła lewitować nad moją kabiną- w ramach zemsty nawiedzałam tych najbardziej podłych, ale musiałam tego zaprzestać. Może ty też spróbujesz?
- Aż tak nie jestem zdesperowana- odpowiedziałam zniesmaczona takim pomysłem- muszę sobie dać czas, by to przemyśleć- nagle usłyszałam dziwne dźwięki. Siedząc na toalecie, podkuliłam nogi i udawałam że mnie nie ma. Coś, jakby dźwięk przesuwanego, dużego przedmiotu po płytach łazienki.
- Tym razem nam nie poszło- stwierdził chłopięcy głos- ale spróbujemy jutro.
- Im więcej tym lepiej- dodał inny.
- Jutro?- spytał znajomy głos. To Scorpius.
- No, a co żeś myślał?- spytał pierwszy osobnik, którego usłyszałam.
- Nie możemy się poddać- dodał jeszcze inny. Delikatnie uchyliłam drzwi, ale ujrzałam tylko plecy uczniów Slytherinu. Gdy całkowicie opuścili toaletę, wyszłam z kabiny i rozejrzałam się. Niczego nie przynieśli, nic nie przesuwali... Co to może być?
- Marto, widziałaś coś?- spytałam ducha.
- Niestety, zauważyłam ich dopiero jak się pojawili. Za bardzo odpłynęłam we wspomnieniach...- odpowiedziała, po czym gdzieś poleciała. Machnęłam ramionami i wyszłam na korytarz. Nie miałam ochoty wracać do pokoju wspólnego, więc przeszłam się po korytarzach. Myśli o tajemniczym pojawieniu się ślizgonów przeplatały się z wspomnieniem Lou i Jamesa, którzy się całowali. Czułam się dziwnie. Wtem zrozumiałam dziwne zachowanie Lou. To, jak odradzała mi angażowanie się w dalsze śledztwo co do Scorpiusa i Albusa, jak zachwycała się miotłą Jamesa... Ciekawe, jak długo to trwało? Schowałam się za posągiem jednookiej czarownicy i najlepiej zostałabym tu do jutra. Zostałam sama. Lou, która była dla mnie największą przyjaciółką i prawie siostrą zdradziła i okłamywała mnie. Nie wiem, czy jej to wybaczę. Znowu zebrało mi się na płacz.
- Finch-Fletchey, widzę cię- znajomy głos wyrwał mnie z zamyślenia. To Daniel.
- Super, znaczy że masz dobry wzrok- odpowiedziałam sarkastycznie i wyszłam zza posągu.
- Płakałaś?- zdziwił się.
- To nic takiego, nie twoja sprawa- odpowiedziałam i postanowiłam odszukać innej kryjówki. Wtem Daniel złapał mnie za ramię.
- Co się stało? Widziałem cię, gdy wybiegłaś z dormitorium jak oparzona.
- To naprawdę nie twoja sprawa- burknęłam.
- Pokłóciłaś się z Lou?- skoro był taki wścibski i ciekawski, to musiałam dać za wygraną.
- Zastałam Lou, jak całuje się z moim wrogiem, Jamesem Potterem- wyjaśniłam.
- Myślałem, że to ja jestem twoim wrogiem- odpowiedział i uśmiechnął się lekko.
- Ty nie dokuczasz młodszemu rodzeństwu z powodu przydziału do Slytherinu- odpowiedziałam. Z jakiegoś powodu poczułam, że mogę mu zaufać. Wyszliśmy na błonia, gdzie nie było prawie nikogo. Wytłumaczyłam mu dokładnie co się działo do tej pory. Wątek śledztwa starałam się pominąć, by nie robić afery. Skoro sama to zaczęłam, to sama chcę to skończyć.
- Myślę, że ty i Louise powinnyście dać sobie czas do namysłu- stwierdził, po wysłuchaniu całej historii- ty się zastanów, czy jej wybaczysz i czy ten incydent zaważy na dalszej przyjaźni a ona powinna pomyśleć, jak się z tobą pogodzić i pogodzić jedno z drugim- to co powiedział, było bardzo mądre. Dawno nie słyszałam niczego takiego z jego strony od początku nauki w Hogwarcie.
- Dzięki za radę- odpowiedziałam. Obydwoje uśmiechnęliśmy się.
- Kiedy był casting do drużyny quidditcha, ja nie mogłem przybyć ze względu na naukę. Nikt mi potem nie powiedział, że Eric Anderson dołączył- sam zaczął mi się zwierzać. Skoro ja mogłam, to niech on teraz się wyżali- nie znoszę go, od kiedy naskarżył na mnie do ojca, że zamknąłem kilka koleżanek w schowku woźnego, podczas gdy był to on. Dostałem taką burę, że kilka tygodni chodziłem przygaszony.
- Pamiętam to- powiedziałam zaskoczona pamięcią. Rzeczywiście, było coś takiego. To było chyba na drugim roku.
- No widzisz. Przez to nie zdobyliśmy pierwszego miejsca w tabeli domów- kontynuował- potem ten czyn poszedł w niepamięć, jednak ja nigdy nie zapomniałem. Dlatego, gdy przyszedłem na pierwszy trening po castingu i zobaczyłem go wśród zawodników. Czułem taką złość... Ale nie okazałem tego. Pozwoliłem reszcie uważać, że jestem zazdrosny o popularność.
- Powinieneś powiedzieć prawdę- stwierdziłam. Zaczął wiać chłodniejszy wiatr, więc zebraliśmy się do zamku.
- No tak, tylko co to teraz da?- spytał- było minęło. Tym bardziej, że wykazał się na ostatnim meczu i zostaje na stałe.
- No cóż, jak chcesz. Skoro on ma taki temperament, to może znowu coś zmalować.
- Teraz jest raczej grzeczny. No nic, muszę się pogodzić z tym, że on był, jest i będzie- stwierdził. Gdy podeszliśmy do pokoju wspólnego, zobaczyliśmy Lou i Jamesa. Nie zwrócili na nas uwagi.
sobota, 22 marca 2014
Rozdział V
Dzisiaj odbywał się pierwszy w tym roku szkolnym mecz quidditcha, Hufflepuff kontra Gryffindor. Oczywiście kibicowałam Puchonom. Podczas śniadania wszyscy tylko o tym rozmawiali, a niektórzy uczniowie życzyli wygranej drużynom.
- Mój brat dzisiaj gra!- oznajmiła mi Lou.
- O, to może chodźmy go wesprzeć?- zaproponowałam. Brat Louise, Eric, w tym roku zdecydował się spróbować sił i poszedł na casting do drużyny, na pozycji obrońcy. Kapitan nie był do końca przekonany, ale ostatecznie włączył go do drużyny. Jeśli w tym meczu się spisze, to na pewno w niej zostanie. Daniel, który jest jednym z pałkarzy również nie był zachwycony. Niezbyt się lubią.
- Eric!- zawołała Louise i objęła brata od tyłu ramionami- życzymy ci razem z Fee powodzenia!
- Dzięki...- odpowiedział zaskoczony chłopak. Spojrzał na mnie a ja uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
- Ooo, Anderson, nie myślałem że masz fanklub!- zaśmiał się Quinn, drugi pałkarz.
- Nie ma to jak wsparcie dwóch dziewczyn- stwierdził Eric i uśmiechnął się.
- Nie popisuj się tak- wtrącił się zażenowany Daniel- jak dasz dzisiaj plamę to osobiście dopilnuję żebyś wyleciał.
- MacMillan, odwal się, co?- spytałam zdenerwowana i spojrzałam na resztę drużyny- wam też życzymy powodzenia i jak najlepszych wyników.
- Dzięki!- zawołali pozostali członkowie drużyny. Odchodząc, wymieniłam się spojrzeniami z Danielem. W jego oczach dojrzałam złość. Usiadłyśmy na brzegu.
- Ale ten Daniel jest chamski- stwierdziła Lou i zaczęła smarować bułkę masłem.
- Zazdrosny i tyle- skwitowałam- nie przejmuj się- po chwili do Wielkiej Sali weszła drużyna Gryfonów, z James'em Potterem na czele, ich kapitanem. Narobili przy tym takiego hałasu, jakby się na targu znajdowali.
- Wow, on ma najnowszy model Świetlistej Gwiazdy!- zauważyła Lou.
- Ma bogatych rodziców, to go stać- stwierdziłam. Jednak moja koleżanka z zafascynowaniem obserwowała jak drużyna Gryfonów zajmuje miejsce przy stołach. Ona też chciała dołączyć do drużyny ale ma lęk wysokości i lekcje z latania były dla niej prawdziwym koszmarem.
Nadeszła godzina meczu. Wszyscy nauczyciele, dyrektorka i uczniowie zajęli miejsca na trybunach. Nie mogłam się doczekać rozpoczęcia meczu. Dojrzałam z daleka Albusa i Scorpiusa. Siedzieli otoczeni swoimi kolegami.
- Witam na pierwszym w tym roku meczu quidditcha!- zawołał Brian Creevey, komentator- przywitajmy drużyny, które dzisiaj podejmą walkę!- na boisku pojawili się zawodnicy obydwu drużyn. Oblecieli stadion i zaprezentowali się wszystkim kibicom. Po chwili rozpoczęła się rywalizacja. Z zapartym tchem obserwowałam naszych.
- Quinn w ostatniej chwili zareagował, wymijając przy okazji Pottera, lecącego jak szalony za zniczem! Ale DeBirgh nie próżnuje i dorównuje mu lotem!
W połowie meczu, gdy zwycięstwo przechylało się w stronę Gryfonów, zauważyłam, jak Daniel patrzy z wyrzutem na Erica. Chyba sądził, że to jego wina. Potter i DeBirgh wciąż ścigali znicza, który latał jak szalony. W jednej sekundzie widziałam jak obydwaj lecą a po chwili Potter wpadł na Daniela i obydwaj zwalili się na nasze trybuny. Daniel powalił się na mnie i parę osób z pierwszego roku a Potter częściowo leżał na Lou i dwóch dziewczynach z szóstego roku.
- Wszystko w porządku?!- zawołała profesor Greengrass, wychylając się z trybun dla nauczycieli.
- Przerywamy mecz!- zawołał Creevey po gwizdku sędziego.
- Odsunąć się!- zawołała profesor Sinistra, nasza dyrektorka- pani Walter zaraz się wszystkim zajmie!- parę osób pomogło ogarnąć zamieszanie.
- Wszystko w porządku?- spytał Daniel, pomagając mi wstać.
- Tak- odpowiedziałam.
- Dacie radę kontynuować mecz?- spytał nauczyciel latania i sędzia, profesor Wood.
- Raczej tak- odpowiedział James, patrząc na Daniela, który mu przytaknął.
- Czy ktoś potrzebuje pomocy?- spytała pani Walter. Zgłosiły się dwie dziewczynki z pierwszego roku. Jednej leciała krew z nosa a drugą bolała ręka. Pielęgniarka zabrała je i zeszła z trybun. Wszystko wróciło do równowagi. Po chwili mecz trwał dalej.
- Lou, wszystko z tobą dobrze?- spytałam.
- Na szczęście tak- odpowiedziała.
Mecz wygrali Puchoni, dzięki sprytnej zagrywce DeBirgha i czujności Erica. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi i zrobiliśmy imprezę. Bohaterowie meczu byli noszeni na rękach. Jedynie Daniel siedział naburmuszony. Pewnie myślał, że to on będzie gwiazdą. Do tego Eric zostaje w drużynie na stałe. Zaprosiliśmy Gryfonów. Nasza drużyna pogratulowała tamtej dobrej i ciekawej gry. My się nie wywyższamy, nawet jeśli odniesiemy miażdżące zwycięstwo. Zależy nam na dobrych stosunkach ze wszystkimi i wspólnej zabawie.
- Co Danielku, wszystko nie poszło po twojej myśli?- spytałam MacMillana kąśliwie. Chciałam mu dopiec po porannym incydencie.
- Odwal się, Finch-Fletchey- mruknął.
- Mój drogi, musisz nauczyć się przegrywać i cieszyć sukcesami kolegów- dodałam. Czułam niesamowitą satysfakcję z jego miny.
- Cieszyłbym się, gdyby Anderson nie postanowił zostać gwiazdą- stwierdził.
- Eric zgłosił się z ciekawości i chęci gry- wyjaśniłam mu- a to, że mu poszło dobrze, to dla was lepiej- obydwoje spojrzeliśmy na roześmianego brata Louise, obładowanego szalikami Hufflepuffu i otoczonego przez kolegów. Musi to być jego najszczęśliwsza chwila w życiu. Pierwszy mecz i taki sukces.
- Jak zostaniesz kapitanem, to zrozumiesz- stwierdziłam. Daniel spojrzał na mnie i machnął ramionami. Postanowiłam sobie dać spokój i pogadać z Lou. Ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć.
- Hej, Quinn!- chłopak odwrócił się- nie widziałeś nigdzie Louise?
- Wydawało mi się że gdzieś się tutaj kręciła- odpowiedział- może wyszła się przewietrzyć?
- Ok, dzięki- odpowiedziałam i zaczęłam szukać dalej. Wyszłam na zewnątrz, ale nigdzie jej nie dojrzałam. Pomyślałam, że może weszła na chwilę do dormitorium i tam też poszłam. To co zastałam, wprawiło mnie w osłupienie.
- Mój brat dzisiaj gra!- oznajmiła mi Lou.
- O, to może chodźmy go wesprzeć?- zaproponowałam. Brat Louise, Eric, w tym roku zdecydował się spróbować sił i poszedł na casting do drużyny, na pozycji obrońcy. Kapitan nie był do końca przekonany, ale ostatecznie włączył go do drużyny. Jeśli w tym meczu się spisze, to na pewno w niej zostanie. Daniel, który jest jednym z pałkarzy również nie był zachwycony. Niezbyt się lubią.
- Eric!- zawołała Louise i objęła brata od tyłu ramionami- życzymy ci razem z Fee powodzenia!
- Dzięki...- odpowiedział zaskoczony chłopak. Spojrzał na mnie a ja uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową.
- Ooo, Anderson, nie myślałem że masz fanklub!- zaśmiał się Quinn, drugi pałkarz.
- Nie ma to jak wsparcie dwóch dziewczyn- stwierdził Eric i uśmiechnął się.
- Nie popisuj się tak- wtrącił się zażenowany Daniel- jak dasz dzisiaj plamę to osobiście dopilnuję żebyś wyleciał.
- MacMillan, odwal się, co?- spytałam zdenerwowana i spojrzałam na resztę drużyny- wam też życzymy powodzenia i jak najlepszych wyników.
- Dzięki!- zawołali pozostali członkowie drużyny. Odchodząc, wymieniłam się spojrzeniami z Danielem. W jego oczach dojrzałam złość. Usiadłyśmy na brzegu.
- Ale ten Daniel jest chamski- stwierdziła Lou i zaczęła smarować bułkę masłem.
- Zazdrosny i tyle- skwitowałam- nie przejmuj się- po chwili do Wielkiej Sali weszła drużyna Gryfonów, z James'em Potterem na czele, ich kapitanem. Narobili przy tym takiego hałasu, jakby się na targu znajdowali.
- Wow, on ma najnowszy model Świetlistej Gwiazdy!- zauważyła Lou.
- Ma bogatych rodziców, to go stać- stwierdziłam. Jednak moja koleżanka z zafascynowaniem obserwowała jak drużyna Gryfonów zajmuje miejsce przy stołach. Ona też chciała dołączyć do drużyny ale ma lęk wysokości i lekcje z latania były dla niej prawdziwym koszmarem.
Nadeszła godzina meczu. Wszyscy nauczyciele, dyrektorka i uczniowie zajęli miejsca na trybunach. Nie mogłam się doczekać rozpoczęcia meczu. Dojrzałam z daleka Albusa i Scorpiusa. Siedzieli otoczeni swoimi kolegami.
- Witam na pierwszym w tym roku meczu quidditcha!- zawołał Brian Creevey, komentator- przywitajmy drużyny, które dzisiaj podejmą walkę!- na boisku pojawili się zawodnicy obydwu drużyn. Oblecieli stadion i zaprezentowali się wszystkim kibicom. Po chwili rozpoczęła się rywalizacja. Z zapartym tchem obserwowałam naszych.
- Quinn w ostatniej chwili zareagował, wymijając przy okazji Pottera, lecącego jak szalony za zniczem! Ale DeBirgh nie próżnuje i dorównuje mu lotem!
W połowie meczu, gdy zwycięstwo przechylało się w stronę Gryfonów, zauważyłam, jak Daniel patrzy z wyrzutem na Erica. Chyba sądził, że to jego wina. Potter i DeBirgh wciąż ścigali znicza, który latał jak szalony. W jednej sekundzie widziałam jak obydwaj lecą a po chwili Potter wpadł na Daniela i obydwaj zwalili się na nasze trybuny. Daniel powalił się na mnie i parę osób z pierwszego roku a Potter częściowo leżał na Lou i dwóch dziewczynach z szóstego roku.
- Wszystko w porządku?!- zawołała profesor Greengrass, wychylając się z trybun dla nauczycieli.
- Przerywamy mecz!- zawołał Creevey po gwizdku sędziego.
- Odsunąć się!- zawołała profesor Sinistra, nasza dyrektorka- pani Walter zaraz się wszystkim zajmie!- parę osób pomogło ogarnąć zamieszanie.
- Wszystko w porządku?- spytał Daniel, pomagając mi wstać.
- Tak- odpowiedziałam.
- Dacie radę kontynuować mecz?- spytał nauczyciel latania i sędzia, profesor Wood.
- Raczej tak- odpowiedział James, patrząc na Daniela, który mu przytaknął.
- Czy ktoś potrzebuje pomocy?- spytała pani Walter. Zgłosiły się dwie dziewczynki z pierwszego roku. Jednej leciała krew z nosa a drugą bolała ręka. Pielęgniarka zabrała je i zeszła z trybun. Wszystko wróciło do równowagi. Po chwili mecz trwał dalej.
- Lou, wszystko z tobą dobrze?- spytałam.
- Na szczęście tak- odpowiedziała.
Mecz wygrali Puchoni, dzięki sprytnej zagrywce DeBirgha i czujności Erica. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi i zrobiliśmy imprezę. Bohaterowie meczu byli noszeni na rękach. Jedynie Daniel siedział naburmuszony. Pewnie myślał, że to on będzie gwiazdą. Do tego Eric zostaje w drużynie na stałe. Zaprosiliśmy Gryfonów. Nasza drużyna pogratulowała tamtej dobrej i ciekawej gry. My się nie wywyższamy, nawet jeśli odniesiemy miażdżące zwycięstwo. Zależy nam na dobrych stosunkach ze wszystkimi i wspólnej zabawie.
- Co Danielku, wszystko nie poszło po twojej myśli?- spytałam MacMillana kąśliwie. Chciałam mu dopiec po porannym incydencie.
- Odwal się, Finch-Fletchey- mruknął.
- Mój drogi, musisz nauczyć się przegrywać i cieszyć sukcesami kolegów- dodałam. Czułam niesamowitą satysfakcję z jego miny.
- Cieszyłbym się, gdyby Anderson nie postanowił zostać gwiazdą- stwierdził.
- Eric zgłosił się z ciekawości i chęci gry- wyjaśniłam mu- a to, że mu poszło dobrze, to dla was lepiej- obydwoje spojrzeliśmy na roześmianego brata Louise, obładowanego szalikami Hufflepuffu i otoczonego przez kolegów. Musi to być jego najszczęśliwsza chwila w życiu. Pierwszy mecz i taki sukces.
- Jak zostaniesz kapitanem, to zrozumiesz- stwierdziłam. Daniel spojrzał na mnie i machnął ramionami. Postanowiłam sobie dać spokój i pogadać z Lou. Ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć.
- Hej, Quinn!- chłopak odwrócił się- nie widziałeś nigdzie Louise?
- Wydawało mi się że gdzieś się tutaj kręciła- odpowiedział- może wyszła się przewietrzyć?
- Ok, dzięki- odpowiedziałam i zaczęłam szukać dalej. Wyszłam na zewnątrz, ale nigdzie jej nie dojrzałam. Pomyślałam, że może weszła na chwilę do dormitorium i tam też poszłam. To co zastałam, wprawiło mnie w osłupienie.
czwartek, 20 marca 2014
Rozdział IV
- Fee!- zawołała Louise, przedzierając się przez tłum rozbawionych Krukonów. Wyciągnęła do mnie rękę a ja wyciągnęłam ją- coś się stało?
- Albus i Scorpius zniknęli- odpowiedziałam- ich koledzy dalej tu są.
- Może mieli dosyć? Przecież oni obydwaj nie przepadają za imprezami.
- No fakt...- musiałam się z tym zgodzić. Zarówno Scorpius jak i Albus zwykle spędzali czas w takich miejscach jak biblioteka czy błonia. Wielokrotnie ich tam widywałam. Sami też to przyznali.
- Słuchaj, ja już też mam dosyć- oznajmiła Louise- idziesz ze mną czy zostajesz?
- Idę- zdecydowałam- też mam dość- wzięłam ją pod rękę i wyszłyśmy na korytarz. Ale cisza...
- To co teraz robimy?- spytałam- idziemy do siebie czy na jakiś spacer?
- Możemy się przejść i odetchnąć po zabawie- zaproponowała- tylko ja się wrócę do dormitorium i pójdę po sweterek. Zaczekasz tutaj?
- Tak- odpowiedziałam, a ona pobiegła. Oparłam się o ścianę i skupiłam się na ciszy. Po tak długim czasie przebywania w hałasie chwila spokoju dobrze mi zrobi. Przypomniałam sobie rozmowę z Danielem, zabawny taniec Smitha i rozmowę z Weasleyami. Nagle ciszę przerwał jakiś półgłos.
- Przestań tak mówić!
Zaciekawiłam się, o co może się rozchodzić i zaczęłam iść w kierunku, skąd mógł dochodzić dźwięk. Z każdym krokiem słyszałam więcej. Doprowadziło to mnie do męskiej toalety.
- Boję się!
- Nie masz czego! Nie pozwolimy na to!
- Ale oni nam krzywdę zrobią!
- W razie czego powiemy profesor Greengrass i ona nam pomoże!- po tych słowach postanowiłam wkroczyć. Jeśli komuś dokuczają, to chcę mu pomóc.
- Może ja wam pomogę?- spytałam. Przy zlewie stali Scorpius i Albus. Spojrzeli na mnie wystraszeni. Albus trzymał Scorpiusa za ramiona.
- Felicity...?- zdziwił się Potter.
- Tak, to ja- potwierdziłam- znowu ktoś ci dokucza?
- Nie, to nie tak...- odpowiedział i zauważyłam, że obydwoje byli zmieszani. Do głowy przychodziły mi różne pomysły, dlaczego oni znaleźli się tutaj i tak rozmawiają.
- To sprawa między nami- odpowiedział stanowczo Scorpius- Albus, chodźmy- po chwili opuścił łazienkę, a za nim kolega. Stałam przez chwilę w toalecie i zastanawiałam się, o co może im chodzić? Może są parą i boją się o tym powiedzieć? Rozejrzałam się po toalecie i korzystając z chwili samotności, obmyłam sobie twarz chłodną wodą. Poczułam się lepiej. Pomyślałam o Jęczącej Marcie, która czasami pojawia się w innych toaletach. Ale chyba nie miałam co na nią liczyć.
- Fee!- usłyszałam z daleka głos Louise. Natychmiast wybiegłam i po chwili znalazłam się w tym miejscu, które opuściłam wcześniej. Niedługo potem pojawiła się moja koleżanka. Miała na sobie zielony sweter, który dałam jej na urodziny. Zauważyłam, że jest zdenerwowana.
- Coś się stało?- spytałam.
- Biją się!- odpowiedziała- Scorpius i James!
- Co takiego?- zszokowała mnie ta informacja. Natychmiast pobiegłyśmy na dół. Rzeczywiście, Gryfon i Ślizgon tarzali się na podłodze i co chwilę uderzali. Albus próbował ich rozdzielić, ale jedyne co robił, to biegał wokół nich a oczy miał jak galeony.
- Hej, przestańcie!- zawołałam. Razem z Louise rozdzieliłyśmy chłopaków. Obydwaj mieli obite twarze, pełne siniaków, zadrapań i śladów krwi. Ja trzymałam Scorpiusa, który wyrywał się jak dzikie zwierze w klatce. Podobnie James.
- Uspokój się!- zawołała moja koleżanka, trzymając mocno chłopaka. Albus zakrył twarz rękoma. Gdy chłopcy ochłonęli, puściłyśmy ich.
- Co wam odbiło?- spytałam zdenerwowana.
- Nie dość, że mój brat jest ślizgonem, to jeszcze gejem!- zawołał James. Moja teoria jest prawdziwa?
- Nie jestem gejem!- Albus zdenerwował się.
- A to że jest ślizgonem to nie ma nic do rzeczy!- dodał Scorpius i znów ustawił się do bójki.
- Cisza!- krzyknęłam i stanęłam między nimi- Albus, o co się pobili?
- No bo szliśmy spokojnie do siebie, gdy nagle pojawił się James. Znowu zaczął mi dokuczać i śmiać się. Scorpy się wkurzył, zaczęli się kłócić i mój brat, żeby nas wkurzyć, powiedział że jesteśmy parą i po chwili zaczęli się bić...
- O rany, co za kretyni z was!- załamałam się- nie możecie chociaż raz porozmawiać ze sobą spokojnie?
- To on jest agresywny!- Scorpius wskazał na Gryfona.
- Słuchajcie, nie możecie nikomu pokazać się w takim stanie- wtrąciła się Louise- chodźmy do pani Walter, która opatrzy wam rany- poszliśmy grupą do skrzydła szpitalnego. Modliłam się po cichu, by żaden nauczyciel nas nie zobaczył, bo by była afera, a tego chciałam uniknąć. Na szczęście pani Walter była obecna i natychmiast zaopiekowała się chłopakami. Poprosiłam ją, by nikomu nic nie mówiła. Zgodziła się, ale nie była zachwycona tym pomysłem. Szybko usunęła ślady walki z twarzy Scorpiusa i Jamesa. Po ogólnych badaniach wypuściła ich. James natychmiast uciekł, więc odprowadziłyśmy Scorpiusa i Albusa pod kamienną ścianę, za którą znajduje się ich pokój wspólny.
- Wy nie jesteście parą, na pewno?- spytałam, chcąc mieć pewność.
- Tak- przytaknął zirytowany Scorpius.
- To o czym wtedy rozmawialiście, co was znalazłam?
- To jest sprawa między nami- odpowiedział Albus- proszę, nie wnikaj w to.
- Jeśli potrzebujecie pomocy, to chętnie jej wam udzielimy z Louise- powiedziałam.
- Dzięki- mruknął Albus.
Wyjaśniłam mojej przyjaciółce, że podczas jej nieobecności natknęłam się na dziwną rozmowę między ślizgonami.
- Skoro mają jakieś swoje tajemnice, to myślę, że nie powinnyśmy wnikać- powiedziała Louise- nie musimy o wszystkim wiedzieć.
- Ale z tej rozmowy wywnioskowałam, że mają jakiś problem- odpowiedziałam- jeśli James dalej dręczy Albusa albo i Scorpiusa, to chcę im pomóc.
- Nie chcę wyjść na jakąś egoistkę czy ignorantkę, ale oni nie są małymi dziećmi i poradzą sobie- zdziwiła mnie trochę taka postawa Louise. Zawsze była chętna do pomocy. Ale z drugiej strony, może mieć rację. Po co mam się mieszać w coś, co nie nie dotyczy? Albus ma swoje życie i nie muszę mu ciągle pomagać. Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, przeszłyśmy się po zamku, rozmawiając o popisach Daniela. Następnie wróciłyśmy do dormitorium i niedługo potem zasnęłam.
- Albus i Scorpius zniknęli- odpowiedziałam- ich koledzy dalej tu są.
- Może mieli dosyć? Przecież oni obydwaj nie przepadają za imprezami.
- No fakt...- musiałam się z tym zgodzić. Zarówno Scorpius jak i Albus zwykle spędzali czas w takich miejscach jak biblioteka czy błonia. Wielokrotnie ich tam widywałam. Sami też to przyznali.
- Słuchaj, ja już też mam dosyć- oznajmiła Louise- idziesz ze mną czy zostajesz?
- Idę- zdecydowałam- też mam dość- wzięłam ją pod rękę i wyszłyśmy na korytarz. Ale cisza...
- To co teraz robimy?- spytałam- idziemy do siebie czy na jakiś spacer?
- Możemy się przejść i odetchnąć po zabawie- zaproponowała- tylko ja się wrócę do dormitorium i pójdę po sweterek. Zaczekasz tutaj?
- Tak- odpowiedziałam, a ona pobiegła. Oparłam się o ścianę i skupiłam się na ciszy. Po tak długim czasie przebywania w hałasie chwila spokoju dobrze mi zrobi. Przypomniałam sobie rozmowę z Danielem, zabawny taniec Smitha i rozmowę z Weasleyami. Nagle ciszę przerwał jakiś półgłos.
- Przestań tak mówić!
Zaciekawiłam się, o co może się rozchodzić i zaczęłam iść w kierunku, skąd mógł dochodzić dźwięk. Z każdym krokiem słyszałam więcej. Doprowadziło to mnie do męskiej toalety.
- Boję się!
- Nie masz czego! Nie pozwolimy na to!
- Ale oni nam krzywdę zrobią!
- W razie czego powiemy profesor Greengrass i ona nam pomoże!- po tych słowach postanowiłam wkroczyć. Jeśli komuś dokuczają, to chcę mu pomóc.
- Może ja wam pomogę?- spytałam. Przy zlewie stali Scorpius i Albus. Spojrzeli na mnie wystraszeni. Albus trzymał Scorpiusa za ramiona.
- Felicity...?- zdziwił się Potter.
- Tak, to ja- potwierdziłam- znowu ktoś ci dokucza?
- Nie, to nie tak...- odpowiedział i zauważyłam, że obydwoje byli zmieszani. Do głowy przychodziły mi różne pomysły, dlaczego oni znaleźli się tutaj i tak rozmawiają.
- To sprawa między nami- odpowiedział stanowczo Scorpius- Albus, chodźmy- po chwili opuścił łazienkę, a za nim kolega. Stałam przez chwilę w toalecie i zastanawiałam się, o co może im chodzić? Może są parą i boją się o tym powiedzieć? Rozejrzałam się po toalecie i korzystając z chwili samotności, obmyłam sobie twarz chłodną wodą. Poczułam się lepiej. Pomyślałam o Jęczącej Marcie, która czasami pojawia się w innych toaletach. Ale chyba nie miałam co na nią liczyć.
- Fee!- usłyszałam z daleka głos Louise. Natychmiast wybiegłam i po chwili znalazłam się w tym miejscu, które opuściłam wcześniej. Niedługo potem pojawiła się moja koleżanka. Miała na sobie zielony sweter, który dałam jej na urodziny. Zauważyłam, że jest zdenerwowana.
- Coś się stało?- spytałam.
- Biją się!- odpowiedziała- Scorpius i James!
- Co takiego?- zszokowała mnie ta informacja. Natychmiast pobiegłyśmy na dół. Rzeczywiście, Gryfon i Ślizgon tarzali się na podłodze i co chwilę uderzali. Albus próbował ich rozdzielić, ale jedyne co robił, to biegał wokół nich a oczy miał jak galeony.
- Hej, przestańcie!- zawołałam. Razem z Louise rozdzieliłyśmy chłopaków. Obydwaj mieli obite twarze, pełne siniaków, zadrapań i śladów krwi. Ja trzymałam Scorpiusa, który wyrywał się jak dzikie zwierze w klatce. Podobnie James.
- Uspokój się!- zawołała moja koleżanka, trzymając mocno chłopaka. Albus zakrył twarz rękoma. Gdy chłopcy ochłonęli, puściłyśmy ich.
- Co wam odbiło?- spytałam zdenerwowana.
- Nie dość, że mój brat jest ślizgonem, to jeszcze gejem!- zawołał James. Moja teoria jest prawdziwa?
- Nie jestem gejem!- Albus zdenerwował się.
- A to że jest ślizgonem to nie ma nic do rzeczy!- dodał Scorpius i znów ustawił się do bójki.
- Cisza!- krzyknęłam i stanęłam między nimi- Albus, o co się pobili?
- No bo szliśmy spokojnie do siebie, gdy nagle pojawił się James. Znowu zaczął mi dokuczać i śmiać się. Scorpy się wkurzył, zaczęli się kłócić i mój brat, żeby nas wkurzyć, powiedział że jesteśmy parą i po chwili zaczęli się bić...
- O rany, co za kretyni z was!- załamałam się- nie możecie chociaż raz porozmawiać ze sobą spokojnie?
- To on jest agresywny!- Scorpius wskazał na Gryfona.
- Słuchajcie, nie możecie nikomu pokazać się w takim stanie- wtrąciła się Louise- chodźmy do pani Walter, która opatrzy wam rany- poszliśmy grupą do skrzydła szpitalnego. Modliłam się po cichu, by żaden nauczyciel nas nie zobaczył, bo by była afera, a tego chciałam uniknąć. Na szczęście pani Walter była obecna i natychmiast zaopiekowała się chłopakami. Poprosiłam ją, by nikomu nic nie mówiła. Zgodziła się, ale nie była zachwycona tym pomysłem. Szybko usunęła ślady walki z twarzy Scorpiusa i Jamesa. Po ogólnych badaniach wypuściła ich. James natychmiast uciekł, więc odprowadziłyśmy Scorpiusa i Albusa pod kamienną ścianę, za którą znajduje się ich pokój wspólny.
- Wy nie jesteście parą, na pewno?- spytałam, chcąc mieć pewność.
- Tak- przytaknął zirytowany Scorpius.
- To o czym wtedy rozmawialiście, co was znalazłam?
- To jest sprawa między nami- odpowiedział Albus- proszę, nie wnikaj w to.
- Jeśli potrzebujecie pomocy, to chętnie jej wam udzielimy z Louise- powiedziałam.
- Dzięki- mruknął Albus.
Wyjaśniłam mojej przyjaciółce, że podczas jej nieobecności natknęłam się na dziwną rozmowę między ślizgonami.
- Skoro mają jakieś swoje tajemnice, to myślę, że nie powinnyśmy wnikać- powiedziała Louise- nie musimy o wszystkim wiedzieć.
- Ale z tej rozmowy wywnioskowałam, że mają jakiś problem- odpowiedziałam- jeśli James dalej dręczy Albusa albo i Scorpiusa, to chcę im pomóc.
- Nie chcę wyjść na jakąś egoistkę czy ignorantkę, ale oni nie są małymi dziećmi i poradzą sobie- zdziwiła mnie trochę taka postawa Louise. Zawsze była chętna do pomocy. Ale z drugiej strony, może mieć rację. Po co mam się mieszać w coś, co nie nie dotyczy? Albus ma swoje życie i nie muszę mu ciągle pomagać. Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, przeszłyśmy się po zamku, rozmawiając o popisach Daniela. Następnie wróciłyśmy do dormitorium i niedługo potem zasnęłam.
Rozdział III
Nadszedł czas pierwszej wizyty w Hogsmeade. Posłusznie oddałyśmy zgody naszemu opiekunowi i nauczycielowi eliksirów, profesorowi MacMillanowi. Tak, ojcu kretyna Daniela. Chyba pompatyczność jest genetyczna, bo obydwaj ją mają i często wykorzystują. Ale w przeciwieństwie do synka, ojciec jest spokojny i serdeczny dla uczniów.
Nim opuściliśmy teren szkoły, profesor MacMillan wygłosił przemowę.
- Moi drodzy, nim wkroczymy do Hogsmeade, chciałbym was uświadomić o kilku zasadach. Jako, że jesteście tam pierwszy raz, macie zakaz samodzielnego poruszania się po mieście. Najlepiej, byście nie opuszczali grupy, ale znając waszą ciekawość, musicie mieć przy sobie chociaż jednego kompana. Macie też być grzeczni, bym nie musiał wyciągać niemiłych konsekwencji po powrocie. Nie pijać mi piwa, jak już to kremowe. W Hogsmeade przebywamy parę godzin, od teraz do obiadu. Nie chcę słyszeć nawet piśnięcia, że chcecie zostać- spojrzał na swojego syna, który podśmiewał się z tego punktu. Zachichotałyśmy cicho z Louise. Po chwili rozejrzał się i policzył uczniów- W razie gdybyście się rozbiegli po całym mieście, to spotykamy się w Pubie pod Trzema Miotłami. Dobrze, to będzie wszystko. Jakieś pytania?
- Możemy kupować rzeczy dla siebie?- spytała jakaś dziewczynka z tyłu.
- Owszem- odpowiedział nauczyciel- ale mają to być rzeczy bezpieczne i zgodne z regulaminem szkoły. Coś jeszcze?- nikt nie miał więcej pytań, więc ruszyliśmy.
Hogsmeade to piękne miasto. Bardzo mi się podobały domy. Razem z Louise podziwiałyśmy wystawy sklepowe.
- Hej dziewczyny- doskoczył do nas Daniel z kolegami- idziemy na piwo. Dołączycie się?
- Ale my możemy pić tylko kremowe piwo- odpowiedziała Louise.
- Kremowe piwo jest dla mięczaków- stwierdził i zarechotał razem z kolegami- a wy takie odważne nie skusicie się? Ja stawiam.
- Nie boisz się, że twój ojciec się dowie?- spytałam zaskoczona postawą Daniela.
- A przestań, mój stary to tylko interesuje się tym, czy wszystko jest zgodne z regulaminem- Puchon zaczął się nabijać ze swojego ojca- żeby uczniowie byli w komplecie i nie było żadnych awantur. My na jeden kufel, nic nam się nie stanie. Mocne głowy mamy, to się stary nie skapnie- jak to zawsze bywa, za jego plecami pojawił się profesor MacMillan i wszystkiego słuchał. Nie przerywałyśmy. Biedny pan MacMillan, dowiedział się co sądzi o nim jego syn i jaki z niego nauczyciel. Nagle wziął go za ucho i spojrzał w twarz.
- Za taką elokwencję i szeroki zakres słownictwa odejmuję pańskiemu domowi 10 punktów.
- Ale ja tylko żartowałem!- zawołał zaskoczony chłopak.
- A więc mam odjąć kolejne 10 punktów za kiepskie poczucie humoru?- spytał zdenerwowany i wciąż trzymając go za ucho, zaciągnął go do dalszej części miasta. Za nim podążyli jego koledzy. Był to iście komiczny widok. Profesor idący jak burza, ciągnący szarpiącego się Daniela a dookoła nich inni uczniowie.
- Głupek- mruknęłam.
- Piwa mu się zachciało- dodała Louise i zaśmiałyśmy się. Zainspirowane pomysłem Daniela, pod koniec pobytu wstąpiłyśmy na kremowe piwo. Nic nie kupowałyśmy, bo wolałyśmy rozejrzeć się po sklepach i zapoznać z asortymentem. Wśród tłumów dostrzegłam grupkę ślizgonów. Siedzieli w ciemnym kącie przy stoliku. Wśród nich znajdowali się Albus i Scorpius, znowu smutni i przygaszeni. Obserwowałam ich kątem oka. Wydawali mi się podejrzani.
Profesor MacMillan do końca pilnował swojego synka. Tak naburmuszonego Daniela nie widziałam nigdy. W końcu nadszedł czas na powrót. Wszyscy uczniowie zebrali się w pubie i gdy nauczyciel zatwierdził komplet, wróciliśmy do zamku. Nie mogę się doczekać kolejnej wizyty.
Po obiedzie Gryfoni zrobili małą imprezkę. Oni robią najlepsze. Nauczyciele nie mieli nic przeciwko, nawet ich opiekun, profesor Longbottom, był obecny w pokoju wspólnym. Wybrałam się tam razem z Louise. Przyszli uczniowie ze wszystkich domów, nawet Albus i Scorpius z kolegami. Ktoś przyniósł mnóstwo butelek Kremowego Piwa. Ja i Louise obserwowałyśmy tragiczny taniec Adama Smitha, który wyglądał jakby ktoś go potraktował jednocześnie zaklęciami Tarantallegra i Cruciatus. Muzyka była ciekawa i miło się jej słuchało. Daniel przyszedł razem z kolegami i chciał pokazać, że jest królem imprez. Opowiadał o jakiś domówkach robionych pod nieobecność rodziców. Znając życie, to pewnie zmyśla. Postanowiłam dać kres jego bajkom, bo pierwszoroczni zaczynali w to wierzyć.
- To taka sama prawda jak to, że znasz pytania z SUMów i OWUTemów?- spytałam, wypominając mu incydent z pierwszego roku. Chcąc zaimponować kolegom opowiadał, że widział pytania egzaminacyjne. Sporo osób z piątego roku mu uwierzyło, ale w końcu wyszło, że nigdy ich nie widział, bo jego ojciec nie trzyma tego w domu. Profesor MacMillan zrugał go przy całej klasie i kazał mu siedzieć na przerwach w jego gabinecie.
- A chcesz się przekonać?- spytał, próbując nie dopuścić do chichotu osób pamiętających tamto wydarzenie- mam nawet zdjęcia.
- Pokażesz?
- No tak, tylko zostawiłem je w domu- stwierdził- ale pokażę je przy najbliższej okazji!
- Tak jak pytania z egzaminów- stwierdziłam a wtedy wszyscy zaczęli się śmiać. Spojrzał na mnie wzrokiem wkurzonego olbrzyma, po czym poszedł ze swoimi kolegami do jakiegoś kąta. Louise pogratulowała mi brawurowej akcji.
Zabawa była świetna. Daniel więcej nie próbował się popisywać. Trochę potańczyłyśmy, napiłyśmy się piwa i pogadałyśmy z Gryfonami, Rose i Hugo Weasleyami. To są krewni Albusa i Syriusza. Byli bardzo sympatyczni. Syriusz siedział ze swoimi kolegami i czasami łypał na nas. W trakcie imprezy, z zaskoczeniem zauważyłam, że Albus i Scorpius zniknęli
Nim opuściliśmy teren szkoły, profesor MacMillan wygłosił przemowę.
- Moi drodzy, nim wkroczymy do Hogsmeade, chciałbym was uświadomić o kilku zasadach. Jako, że jesteście tam pierwszy raz, macie zakaz samodzielnego poruszania się po mieście. Najlepiej, byście nie opuszczali grupy, ale znając waszą ciekawość, musicie mieć przy sobie chociaż jednego kompana. Macie też być grzeczni, bym nie musiał wyciągać niemiłych konsekwencji po powrocie. Nie pijać mi piwa, jak już to kremowe. W Hogsmeade przebywamy parę godzin, od teraz do obiadu. Nie chcę słyszeć nawet piśnięcia, że chcecie zostać- spojrzał na swojego syna, który podśmiewał się z tego punktu. Zachichotałyśmy cicho z Louise. Po chwili rozejrzał się i policzył uczniów- W razie gdybyście się rozbiegli po całym mieście, to spotykamy się w Pubie pod Trzema Miotłami. Dobrze, to będzie wszystko. Jakieś pytania?
- Możemy kupować rzeczy dla siebie?- spytała jakaś dziewczynka z tyłu.
- Owszem- odpowiedział nauczyciel- ale mają to być rzeczy bezpieczne i zgodne z regulaminem szkoły. Coś jeszcze?- nikt nie miał więcej pytań, więc ruszyliśmy.
Hogsmeade to piękne miasto. Bardzo mi się podobały domy. Razem z Louise podziwiałyśmy wystawy sklepowe.
- Hej dziewczyny- doskoczył do nas Daniel z kolegami- idziemy na piwo. Dołączycie się?
- Ale my możemy pić tylko kremowe piwo- odpowiedziała Louise.
- Kremowe piwo jest dla mięczaków- stwierdził i zarechotał razem z kolegami- a wy takie odważne nie skusicie się? Ja stawiam.
- Nie boisz się, że twój ojciec się dowie?- spytałam zaskoczona postawą Daniela.
- A przestań, mój stary to tylko interesuje się tym, czy wszystko jest zgodne z regulaminem- Puchon zaczął się nabijać ze swojego ojca- żeby uczniowie byli w komplecie i nie było żadnych awantur. My na jeden kufel, nic nam się nie stanie. Mocne głowy mamy, to się stary nie skapnie- jak to zawsze bywa, za jego plecami pojawił się profesor MacMillan i wszystkiego słuchał. Nie przerywałyśmy. Biedny pan MacMillan, dowiedział się co sądzi o nim jego syn i jaki z niego nauczyciel. Nagle wziął go za ucho i spojrzał w twarz.
- Za taką elokwencję i szeroki zakres słownictwa odejmuję pańskiemu domowi 10 punktów.
- Ale ja tylko żartowałem!- zawołał zaskoczony chłopak.
- A więc mam odjąć kolejne 10 punktów za kiepskie poczucie humoru?- spytał zdenerwowany i wciąż trzymając go za ucho, zaciągnął go do dalszej części miasta. Za nim podążyli jego koledzy. Był to iście komiczny widok. Profesor idący jak burza, ciągnący szarpiącego się Daniela a dookoła nich inni uczniowie.
- Głupek- mruknęłam.
- Piwa mu się zachciało- dodała Louise i zaśmiałyśmy się. Zainspirowane pomysłem Daniela, pod koniec pobytu wstąpiłyśmy na kremowe piwo. Nic nie kupowałyśmy, bo wolałyśmy rozejrzeć się po sklepach i zapoznać z asortymentem. Wśród tłumów dostrzegłam grupkę ślizgonów. Siedzieli w ciemnym kącie przy stoliku. Wśród nich znajdowali się Albus i Scorpius, znowu smutni i przygaszeni. Obserwowałam ich kątem oka. Wydawali mi się podejrzani.
Profesor MacMillan do końca pilnował swojego synka. Tak naburmuszonego Daniela nie widziałam nigdy. W końcu nadszedł czas na powrót. Wszyscy uczniowie zebrali się w pubie i gdy nauczyciel zatwierdził komplet, wróciliśmy do zamku. Nie mogę się doczekać kolejnej wizyty.
Po obiedzie Gryfoni zrobili małą imprezkę. Oni robią najlepsze. Nauczyciele nie mieli nic przeciwko, nawet ich opiekun, profesor Longbottom, był obecny w pokoju wspólnym. Wybrałam się tam razem z Louise. Przyszli uczniowie ze wszystkich domów, nawet Albus i Scorpius z kolegami. Ktoś przyniósł mnóstwo butelek Kremowego Piwa. Ja i Louise obserwowałyśmy tragiczny taniec Adama Smitha, który wyglądał jakby ktoś go potraktował jednocześnie zaklęciami Tarantallegra i Cruciatus. Muzyka była ciekawa i miło się jej słuchało. Daniel przyszedł razem z kolegami i chciał pokazać, że jest królem imprez. Opowiadał o jakiś domówkach robionych pod nieobecność rodziców. Znając życie, to pewnie zmyśla. Postanowiłam dać kres jego bajkom, bo pierwszoroczni zaczynali w to wierzyć.
- To taka sama prawda jak to, że znasz pytania z SUMów i OWUTemów?- spytałam, wypominając mu incydent z pierwszego roku. Chcąc zaimponować kolegom opowiadał, że widział pytania egzaminacyjne. Sporo osób z piątego roku mu uwierzyło, ale w końcu wyszło, że nigdy ich nie widział, bo jego ojciec nie trzyma tego w domu. Profesor MacMillan zrugał go przy całej klasie i kazał mu siedzieć na przerwach w jego gabinecie.
- A chcesz się przekonać?- spytał, próbując nie dopuścić do chichotu osób pamiętających tamto wydarzenie- mam nawet zdjęcia.
- Pokażesz?
- No tak, tylko zostawiłem je w domu- stwierdził- ale pokażę je przy najbliższej okazji!
- Tak jak pytania z egzaminów- stwierdziłam a wtedy wszyscy zaczęli się śmiać. Spojrzał na mnie wzrokiem wkurzonego olbrzyma, po czym poszedł ze swoimi kolegami do jakiegoś kąta. Louise pogratulowała mi brawurowej akcji.
Zabawa była świetna. Daniel więcej nie próbował się popisywać. Trochę potańczyłyśmy, napiłyśmy się piwa i pogadałyśmy z Gryfonami, Rose i Hugo Weasleyami. To są krewni Albusa i Syriusza. Byli bardzo sympatyczni. Syriusz siedział ze swoimi kolegami i czasami łypał na nas. W trakcie imprezy, z zaskoczeniem zauważyłam, że Albus i Scorpius zniknęli
niedziela, 16 marca 2014
Rozdział II
Mój trzeci rok w Hogwarcie rozpoczął się zwyczajnie. Szybko wdrążyłam się w rytm szkoły i zajęłam nauką.
Podczas przerwy na lunch zauważyłam, że Scorpius i Albus siedzą przygaszeni, podczas gdy ich koledzy ciągle o czymś rozprawiają. Nie rozumiałam, czemu oni dwaj są smutni, szczególnie Malfoy. Mam nadzieję, że Albus napisał list do rodziców o tym, że James mu dokucza.
- Co, zakochałaś się w paniczu Malfoyu?-oczywiście Daniel musiał się uaktywnić.
- A co, zazdrosny jesteś?- chciałam mu jakoś dowalić.
- No wiesz, mam ważniejsze sprawy na głowie, niż oglądanie się za ślizgonami- stwierdził.
- To się nimi zajmij- odpowiedziałam i zajęłam swoim posiłkiem. Po chwili usiadł trochę dalej od nas.
- Ale mu dogadałaś- pochwaliła Louise.
- Mam go już dosyć- powiedziałam i westchnęłam- niby z dobrego domu pochodzi a zachowuje się jak przygłup.
- Chłopaki w tym wieku to kretyni, nie przejmuj się- pocieszyła mnie- z wiekiem mu przejdzie.
- Tak, a do tego czasu będę musiała znosić jego głupie docinki- perspektywa kolejnego roku z docinkami Daniela nie uśmiechała mi się- ale dzięki za pocieszenie.
- Nie ma za co- Louise uśmiechnęła się.
Na śniadaniu była niezła zadyma. Ale od początku.
Po przebraniu się w szkolny strój przeszliśmy na śniadanie do Wielkiej Sali. Usiadłam razem z Louise na brzegu stolika. Nałożyłyśmy sobie jedzenie na talerze i pochłonięte rozmową, zaczęłyśmy jeść. Głównie rozmawiałyśmy o tym, kiedy nas wpuszczą do Hogsmeade i jak tam jest. Wkrótce będą nas wpuszczać. Wszyscy na trzecim roku muszą mieć zgody od rodziców. Na szczęście ja i moja koleżanka takowe posiadamy. W międzyczasie, do naszych kolegów i koleżanek przylatywały sowy od rodziców. Nagle naszą rozmowę przerwał straszny jazgot. Wszyscy zwrócili głowy w stronę stolika Gryfonów.
- Jamesie Syriuszu! Ja i twój ojciec jesteśmy wściekli na twoje zachowanie wobec brata! Zamiast go bronić i wspierać, to mu dokuczasz! Prawdziwy Gryfon tak nie postępuje! Albus wszystko nam przedstawił w liście. Jeśli jeszcze raz dowiemy się o dokuczaniu, to pomyślimy nad karą dla ciebie. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy- na sali rozległ się śmiech. James dostał wyjca od swojej matki. List po chwili podarł się rozpadł na malutkie kawałeczki. Nagle zerwał się i z prędkością znicza podszedł do Albusa.
- Naskarżyłeś na mnie?!- spytał rozwścieczony. Ślizgon odważnie wstał i spojrzał mu w oczy.
- Tak- odpowiedział. Ten złapał go za kołnierz i ścisnął go.
- Wiesz, jakiego mi wstydu narobiłeś?! Teraz będą się ze mnie śmiać, bo beksa Albusek się poskarżył mamusi i tatusiowi. Po cholerę pisałeś to?!- wkurzyłam się i wstałam.
- Ja go namówiłam- odezwałam się. Obydwaj spojrzeli na mnie, Albus przestraszony a James wściekły. Po chwili puścił brata i podszedł do mnie. Ja odeszłam od swojego stołu.
- Po co go namawiałaś?- spytał trochę łagodniejszym tonem.
- Bo nie podoba mi się to, że mu dokuczasz od kiedy pojawił się w Hogwarcie- odpowiedziałam, czując na sobie spojrzenia wszystkich uczniów.
- Ja też go namówiłam- wtrąciła się Louise i stanęła obok mnie. Patrzył na nas z chęcią mordu w oczach, ale nic nam nie zrobił.
- Uważajcie sobie- pogroził nam- jeszcze się z wami policzę- dodał, po czym wrócił do siebie. My usiadłyśmy z powrotem przy swoich miejscach a w sali powróciła atmosfera śniadaniowa.
- Dzięki za wsparcie- powiedziałam do Louise- ten James to by mnie chyba udusił.
- Nie ma za co- uśmiechnęła się- też odniosłam takie wrażenie. Szkoda, bo myślałam, że każdy Gryfon jest miły.
Po śniadaniu wróciłyśmy do pokoju wspólnego zabrać szkolną torbę. Pierwszą lekcję zaczynałyśmy od zielarstwa z profesorem Longbottomem. Profesor bardzo nie lubił jak się uczniowie spóźniają. Tym bardziej nie chcę sobie problemów narobić, bo to mąż mojej chrzestnej, cioci Hanny. Na szczęście byłyśmy przed czasem i mogłyśmy w spokoju się przygotować do zajęć.
- No, no, nieźle dałaś popalić temu Potterowi- pochwalił mnie Daniel.
- Stanęłyśmy tylko w obronie słabszego- odpowiedziałam skromnie.
- Witajcie uczniowie!- do cieplarni wkroczył nauczyciel- kończcie rozmowy, zaczynamy zajęcia!
Po zajęciach profesor zatrzymał mnie i Louise.
- Słyszałem o tym, co się stało przy śniadaniu. Daję wam po 5 punktów, za obronę słabszych i wykazanie się odwagą.
- Dziękujemy!- ja i Louise byłyśmy zaskoczone tą decyzją. Uradowane przeszłyśmy na najbardziej znienawidzoną przez nas lekcję, czyli transmutację. Prowadził ją okropny Abel Montana. Był dość surowy i miał słuch absolutny.
Podczas przerwy na lunch zauważyłam, że Scorpius i Albus siedzą przygaszeni, podczas gdy ich koledzy ciągle o czymś rozprawiają. Nie rozumiałam, czemu oni dwaj są smutni, szczególnie Malfoy. Mam nadzieję, że Albus napisał list do rodziców o tym, że James mu dokucza.
- Co, zakochałaś się w paniczu Malfoyu?-oczywiście Daniel musiał się uaktywnić.
- A co, zazdrosny jesteś?- chciałam mu jakoś dowalić.
- No wiesz, mam ważniejsze sprawy na głowie, niż oglądanie się za ślizgonami- stwierdził.
- To się nimi zajmij- odpowiedziałam i zajęłam swoim posiłkiem. Po chwili usiadł trochę dalej od nas.
- Ale mu dogadałaś- pochwaliła Louise.
- Mam go już dosyć- powiedziałam i westchnęłam- niby z dobrego domu pochodzi a zachowuje się jak przygłup.
- Chłopaki w tym wieku to kretyni, nie przejmuj się- pocieszyła mnie- z wiekiem mu przejdzie.
- Tak, a do tego czasu będę musiała znosić jego głupie docinki- perspektywa kolejnego roku z docinkami Daniela nie uśmiechała mi się- ale dzięki za pocieszenie.
- Nie ma za co- Louise uśmiechnęła się.
Na śniadaniu była niezła zadyma. Ale od początku.
Po przebraniu się w szkolny strój przeszliśmy na śniadanie do Wielkiej Sali. Usiadłam razem z Louise na brzegu stolika. Nałożyłyśmy sobie jedzenie na talerze i pochłonięte rozmową, zaczęłyśmy jeść. Głównie rozmawiałyśmy o tym, kiedy nas wpuszczą do Hogsmeade i jak tam jest. Wkrótce będą nas wpuszczać. Wszyscy na trzecim roku muszą mieć zgody od rodziców. Na szczęście ja i moja koleżanka takowe posiadamy. W międzyczasie, do naszych kolegów i koleżanek przylatywały sowy od rodziców. Nagle naszą rozmowę przerwał straszny jazgot. Wszyscy zwrócili głowy w stronę stolika Gryfonów.
- Jamesie Syriuszu! Ja i twój ojciec jesteśmy wściekli na twoje zachowanie wobec brata! Zamiast go bronić i wspierać, to mu dokuczasz! Prawdziwy Gryfon tak nie postępuje! Albus wszystko nam przedstawił w liście. Jeśli jeszcze raz dowiemy się o dokuczaniu, to pomyślimy nad karą dla ciebie. Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy- na sali rozległ się śmiech. James dostał wyjca od swojej matki. List po chwili podarł się rozpadł na malutkie kawałeczki. Nagle zerwał się i z prędkością znicza podszedł do Albusa.
- Naskarżyłeś na mnie?!- spytał rozwścieczony. Ślizgon odważnie wstał i spojrzał mu w oczy.
- Tak- odpowiedział. Ten złapał go za kołnierz i ścisnął go.
- Wiesz, jakiego mi wstydu narobiłeś?! Teraz będą się ze mnie śmiać, bo beksa Albusek się poskarżył mamusi i tatusiowi. Po cholerę pisałeś to?!- wkurzyłam się i wstałam.
- Ja go namówiłam- odezwałam się. Obydwaj spojrzeli na mnie, Albus przestraszony a James wściekły. Po chwili puścił brata i podszedł do mnie. Ja odeszłam od swojego stołu.
- Po co go namawiałaś?- spytał trochę łagodniejszym tonem.
- Bo nie podoba mi się to, że mu dokuczasz od kiedy pojawił się w Hogwarcie- odpowiedziałam, czując na sobie spojrzenia wszystkich uczniów.
- Ja też go namówiłam- wtrąciła się Louise i stanęła obok mnie. Patrzył na nas z chęcią mordu w oczach, ale nic nam nie zrobił.
- Uważajcie sobie- pogroził nam- jeszcze się z wami policzę- dodał, po czym wrócił do siebie. My usiadłyśmy z powrotem przy swoich miejscach a w sali powróciła atmosfera śniadaniowa.
- Dzięki za wsparcie- powiedziałam do Louise- ten James to by mnie chyba udusił.
- Nie ma za co- uśmiechnęła się- też odniosłam takie wrażenie. Szkoda, bo myślałam, że każdy Gryfon jest miły.
Po śniadaniu wróciłyśmy do pokoju wspólnego zabrać szkolną torbę. Pierwszą lekcję zaczynałyśmy od zielarstwa z profesorem Longbottomem. Profesor bardzo nie lubił jak się uczniowie spóźniają. Tym bardziej nie chcę sobie problemów narobić, bo to mąż mojej chrzestnej, cioci Hanny. Na szczęście byłyśmy przed czasem i mogłyśmy w spokoju się przygotować do zajęć.
- No, no, nieźle dałaś popalić temu Potterowi- pochwalił mnie Daniel.
- Stanęłyśmy tylko w obronie słabszego- odpowiedziałam skromnie.
- Witajcie uczniowie!- do cieplarni wkroczył nauczyciel- kończcie rozmowy, zaczynamy zajęcia!
Po zajęciach profesor zatrzymał mnie i Louise.
- Słyszałem o tym, co się stało przy śniadaniu. Daję wam po 5 punktów, za obronę słabszych i wykazanie się odwagą.
- Dziękujemy!- ja i Louise byłyśmy zaskoczone tą decyzją. Uradowane przeszłyśmy na najbardziej znienawidzoną przez nas lekcję, czyli transmutację. Prowadził ją okropny Abel Montana. Był dość surowy i miał słuch absolutny.
sobota, 15 marca 2014
Rozdział I
Wkrótce miał rozpocząć się kolejny rok mojej nauki. Całkowicie spakowana i przypilnowana przez mamę oczekiwałam na odpalenie samochodu, którym miał mnie zawieść tata. Nie mogłam się doczekać ujrzenia moich starych kolegów i koleżanek. Obecna sytuacja w moim domu przedstawiała się dość śmiesznie. Ja siedziałam na swojej skrzyni, otoczona rzeczami szkolnymi, podczas gdy mama biegała po całym domu szukając jeszcze brakujących rzeczy a tata próbuje odpalić samochód i co chwilę przychodzi do łazienki, by umyć ręce. Młody, znaczy Ed, siedzi przy mnie i czyta moją książkę do Zielarstwa. Ja rozmyślałam nad tym, co mnie spotka na tym roku. Znowu będę się przekomarzać z Danielem MacMillanem, plotkować z Louise Anderson, dostawała skrętów żołądka na myśl o transmutacji i uważała na głupie żarty ślizgonów.
- Wreszcie się udało!- zawołał tata i szeroko uśmiechnięty wycierał dłonie o szmatę- zaraz weźmiemy twoje rzeczy.
- Skoro tak, to ładujmy- stwierdziła mama i zaczęliśmy wspólne pakowanie. Gdy wszystko było gotowe, mama założyła kurtkę i wyruszyliśmy na peron. Droga była trochę długa, szczególnie że, jak co roku, trafialiśmy na godziny największych korków, ale dzięki trikom mojego taty udawało nam się szybko wybrnąć.
Na peronie dojrzałam wiele znajomych twarzy. Kolegów z roku, z domu i innych znajomych, którzy albo rozmawiali z rodzicami, albo pakowali się do pociągu.Najpierw załadowaliśmy moje rzeczy, a potem mama wzięła się za coroczną przemowę.
- pamiętaj, bądź grzeczna i miła. Ucz się najlepiej jak możesz, nie daj się sprowokować nikomu i dbaj o swoje rzeczy. Uważaj na lekcjach i notuj wszystko. Bądź uważna. Nie rób żadnych głupstw i zdobywaj jak najwięcej punktów dla domu.
- dobrze, dosyć!- wtrącił się tata- ja tylko cię proszę, byś była uważna na nowych lekcjach, bo to będzie nowa porcja nauki i nowi nauczyciele.
Kiwnęłam głową. Po chwili konduktor gwizdem oznajmił, że zaraz pociąg rusza, więc musiałam się żegnać. Przytuliłam wszystkich członków rodziny i zajęłam przedział razem z Louise. Machałyśmy naszym rodzicom, dopóki nie zniknęli z widoku.
- Nie mogę się doczekać mugoloznawstwa i opieki nad magicznymi stworzeniami!- westchnęła blondynka.
- Ja się trochę boję ruin- stwierdziłam. Nagle, do naszego przedziału wpadł Albus Potter.
- Schowajcie mnie!- zawołał- mój brat mnie dręczy z kolegami!- wskazałyśmy mu lukę pod siedzeniem Louise i zachowywałyśmy się, jakby nic się nie stało.
- Jest tu mój brat?- po chwili zajrzał do nas James. Za nim stało kilku jego kolegów, Fred Weasley i Martin McLaggen.
- Nie- odpowiedziałam- a co, znowu się nudzisz?
- Chcę mu przypomnieć, kto tu rządzi- odpowiedział i razem z kolegami zarechotał.
- Jesteś głupszy niż myślałam- westchnęła Louise. Uśmieszek zszedł mu z twarzy.
- Idziemy, nie ma co z nimi gadać- mruknął i poszedł. Po chwili wyciągnęłyśmy Albusa spod siedzenia i wytrzepałyśmy z brudu.
- Mam go dość- jęknął- wciąż mi dokucza. Na wakacjach jest grzeczny a w czasie nauki się na mnie wyżywa.
- Nie przejmuj się- pocieszyłam go- myśli, że jak trafił do Gryffindoru, to jest lepszy. Napisz do rodziców list. Nie pozwól mu się tak zachowywać.
- Mówiłem im, ale to zbywali- odpowiedział i westchnął. Do naszego przedziału zapukał Scorpius. Louise go wpuściła.
- Słyszałem, co się stało- powiedział- następnym razem mu pokażemy. Zwołam naszą paczkę.
Albus dał się namówić na napisanie listu.Bardzo mu współczułam, że ma takiego brata idiotę. Ja z Edem mam dobre stosunki.
Na uczcie po przydziale uczniów, zaczęłyśmy rozmawiać z naszymi kolegami i koleżankami o wakacjach. Każdy spędził je w inny sposób i miał mnóstwo przygód.Gdyby nasza dyrektorka nie oznajmiła, że nadszedł koniec i musimy iść do swoich pokoi wspólnych, moglibyśmy rozmawiać do samego rana. Opuściliśmy Wielką Salę i przenieśliśmy się do dormitoriów. Ja i Louise miałyśmy obok siebie. Chwilę pogadałyśmy z innymi dziewczynami i poszliśmy spać.
- Wreszcie się udało!- zawołał tata i szeroko uśmiechnięty wycierał dłonie o szmatę- zaraz weźmiemy twoje rzeczy.
- Skoro tak, to ładujmy- stwierdziła mama i zaczęliśmy wspólne pakowanie. Gdy wszystko było gotowe, mama założyła kurtkę i wyruszyliśmy na peron. Droga była trochę długa, szczególnie że, jak co roku, trafialiśmy na godziny największych korków, ale dzięki trikom mojego taty udawało nam się szybko wybrnąć.
Na peronie dojrzałam wiele znajomych twarzy. Kolegów z roku, z domu i innych znajomych, którzy albo rozmawiali z rodzicami, albo pakowali się do pociągu.Najpierw załadowaliśmy moje rzeczy, a potem mama wzięła się za coroczną przemowę.
- pamiętaj, bądź grzeczna i miła. Ucz się najlepiej jak możesz, nie daj się sprowokować nikomu i dbaj o swoje rzeczy. Uważaj na lekcjach i notuj wszystko. Bądź uważna. Nie rób żadnych głupstw i zdobywaj jak najwięcej punktów dla domu.
- dobrze, dosyć!- wtrącił się tata- ja tylko cię proszę, byś była uważna na nowych lekcjach, bo to będzie nowa porcja nauki i nowi nauczyciele.
Kiwnęłam głową. Po chwili konduktor gwizdem oznajmił, że zaraz pociąg rusza, więc musiałam się żegnać. Przytuliłam wszystkich członków rodziny i zajęłam przedział razem z Louise. Machałyśmy naszym rodzicom, dopóki nie zniknęli z widoku.
- Nie mogę się doczekać mugoloznawstwa i opieki nad magicznymi stworzeniami!- westchnęła blondynka.
- Ja się trochę boję ruin- stwierdziłam. Nagle, do naszego przedziału wpadł Albus Potter.
- Schowajcie mnie!- zawołał- mój brat mnie dręczy z kolegami!- wskazałyśmy mu lukę pod siedzeniem Louise i zachowywałyśmy się, jakby nic się nie stało.
- Jest tu mój brat?- po chwili zajrzał do nas James. Za nim stało kilku jego kolegów, Fred Weasley i Martin McLaggen.
- Nie- odpowiedziałam- a co, znowu się nudzisz?
- Chcę mu przypomnieć, kto tu rządzi- odpowiedział i razem z kolegami zarechotał.
- Jesteś głupszy niż myślałam- westchnęła Louise. Uśmieszek zszedł mu z twarzy.
- Idziemy, nie ma co z nimi gadać- mruknął i poszedł. Po chwili wyciągnęłyśmy Albusa spod siedzenia i wytrzepałyśmy z brudu.
- Mam go dość- jęknął- wciąż mi dokucza. Na wakacjach jest grzeczny a w czasie nauki się na mnie wyżywa.
- Nie przejmuj się- pocieszyłam go- myśli, że jak trafił do Gryffindoru, to jest lepszy. Napisz do rodziców list. Nie pozwól mu się tak zachowywać.
- Mówiłem im, ale to zbywali- odpowiedział i westchnął. Do naszego przedziału zapukał Scorpius. Louise go wpuściła.
- Słyszałem, co się stało- powiedział- następnym razem mu pokażemy. Zwołam naszą paczkę.
Albus dał się namówić na napisanie listu.Bardzo mu współczułam, że ma takiego brata idiotę. Ja z Edem mam dobre stosunki.
Na uczcie po przydziale uczniów, zaczęłyśmy rozmawiać z naszymi kolegami i koleżankami o wakacjach. Każdy spędził je w inny sposób i miał mnóstwo przygód.Gdyby nasza dyrektorka nie oznajmiła, że nadszedł koniec i musimy iść do swoich pokoi wspólnych, moglibyśmy rozmawiać do samego rana. Opuściliśmy Wielką Salę i przenieśliśmy się do dormitoriów. Ja i Louise miałyśmy obok siebie. Chwilę pogadałyśmy z innymi dziewczynami i poszliśmy spać.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)