czwartek, 10 kwietnia 2014

Rozdział X

Albus wciąż nie zdradził, że kocha Louise. Przez te 3 dni przysłał jej dwa kolejne liściki, jeden piękniejszy od drugiego. Opowiedziałam o tym Danielowi. Chyba wziął sobie to do serca, bo zaczął pracować nad wierszykami. Ja dyskretnie przekazywałam jej wiadomości, by Louise nie zaczęła się domyślać, że mogę znać jej adoratora. Dopiero bym miała problem. Obiecałam przecież Albusowi, że go nie zdradzę. Mam nadzieję, że sam to zrobi, wolałabym to.

Profesor Montana doprowadza mnie do szału. Tłumaczy transmutację, jakby za karę, a wszelkie efekty nieudanych prób odtworzenia polecenia sprowadza do okrzyczenia ucznia i skompromitowania go przy całej klasie. Podobno poprzednia nauczycielka, profesor McGonagall mimo bycia surową potrafiła dobrze wytłumaczyć czy pomóc. Rodzice dużo mi o niej opowiadali. Chciałabym, by to ona nas uczyła. Po kolejnych zajęciach, na których oberwało się Louise za problem z przemianą kryształowego wazonu w szybę, postanowiłam dłużej nie milczeć. Tym bardziej, że ona wybiegła z sali zapłakana. Po zajęciach pobiegłam do sali, w której profesor MacMillan miał zajęcia. Poczekałam, aż pierwszoroczni opuszczą salę i podeszłam do mojego opiekuna.
- Profesorze- zaczęłam. Spojrzał na mnie zaciekawiony, porządkując biurko.
- Słucham cię- odpowiedział.
- Bo profesor Montana okrzyczał dzisiaj Louise Anderson i ona się popłakała- wyjaśniłam- miała problemy z transmutacją kryształowego wazonu w szybę. On wrzeszczy na każdego, kto nie umie perfekcyjnie odtworzyć procesu transmutacji...- profesor z miny spokojnej zmienił na wściekłą. Wyglądał trochę jak gargulec.
- Już nie mogę znieść tych skarg na niego!- warknął- na pannę też krzyczał?
- Tak, chyba kilka dni temu jak zamiast sprawić by wróbel zmienił się w kamień, to zmieniłam go w kieliszek do wina- odpowiedziałam. Walnął pięścią w stół, aż odskoczyłam.
- Panno Finch-Fletchey- zwrócił się- proszę sprowadzić pannę Anderson do sali transmutacji, zaraz sobie porozmawiamy- kiwnęłam głową i pobiegłam do pokoju wspólnego Puchonów.
- Gdzie jest Lou?- spytałam.
- Płacze w dormitorium- odpowiedziała Nancy Adams, koleżanka z którą dzielimy dormitorium. Szybko pobiegłam tam i rzeczywiście, leżała skulona na łóżku, płacząc. Podeszłam do niej powoli i kucnęłam na przeciwko jej zapłakanej twarzy.
- Lou, nie płacz- pocieszałam ją- profesor MacMillan wie o wszystkim i masz razem ze mną przyjść do Montany.
- Nie-e- chlipnęła- nie chcę tego człowieka więcej widzie-eć...
- Spokojnie, będę przy tobie- próbowałam ją jakoś zachęcić- musimy stawić temu czoło.
W końcu udało mi się przekonać ją, by poszła. Wzięłam kilka chusteczek. Objęłam ją ramieniem i wyprowadziłam na korytarz.
- Co się stało?- spytał Quinn.
- Będzie chryja u Montany- wyjaśniłam i poszłyśmy. Dałam tym samym znak, że może się zlecieć widownia. Gdy ją przyprowadziłam, oprócz naszego opiekuna i profesora Montany zjawiła się dyrektorka.
- Dobrze, że już jesteście- skomentowała nasze przyjście profesor Sinistra- panno Anderson, chce pani usiąść?
- Ta-ak- jęknęła. Posadziłam ją na krześle, które podsunął nasz opiekun i pozwoliłam, by ścisnęła moją rękę.
- Możemy zaczynać- stwierdziła dyrektorka- słucham, Erneście.
Konfrontacja trwała długo. Będąc niedaleko drzwi, słyszałam, jak uczniowie tłoczyli się i próbowali usłyszeć naszą rozmowę. Ja i Louise przedstawiłyśmy swoje argumenty i wspomnienia z innych sytuacji, kiedy to nauczyciel transmutacji okrzyczał wielu uczniów, w tym mnie, Albusa i Daniela. Profesor Sinistra uważnie wysłuchała obu stron i przychyliła się do naszej. Profesor Montana otrzymał naganę i ostrzeżenie, że jeśli jeszcze raz coś takiego się stanie, to opuści swoje stanowisko. Gdy wyszliśmy, tłum uczniów rozbiegł się na boki, by zrobić nam przejście. Nauczyciel transmutacji trzasnął drzwiami, aż huknęło. Profesor MacMillan oznajmił wszystkim, co się stało a wśród tłumu było słychać okrzyki radości, szepty i ogólny entuzjazm. Lou uspokoiła się.
- Dziękuję ci- powiedziała i mocno mnie przytuliła- gdyby nie twoja interwencja, to terror trwał by dalej.
- Nie ma za co- odpowiedziałam, ciesząc się razem z przyjaciółką- to dotyczyło też mnie i wielu innych uczniów.

Po tej interwencji, profesor Montana zrobił się spokojniejszy. Nawet podczas nieudanych prób uczniów powstrzymuje się od krzyczenia. Przez to, lekcje stały się przyjemniejsze.